grecja Grecja, 13.09 - 1.10 2003

Dzień: [droga] [Meteory] [Ateny] [Mittikas - OLIMP 2900] [koniec]

droga...

KOŚCIÓŁ Wyjazd mieliśmy 13 września o godzinie 13:00. Przychodzimy na to miejsce, gdzie miał być autokar, a tak właściwie nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie ono jest, ale spotkaliśmy inna parę i już wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami, i że jednak takie biuro jest i funkcjonuje, więc uspokoiło nasze jakieś tam małe obawy o to czy na pewno pojedziemy. Gdy autobus się spóźniał godzinę nasze obawy powróciły, lecz w tym momencie podszedł do nas facet, który jak później się okazało, że będzie naszym pilotem. Teraz już zrelaksowani czekaliśmy bez żadnych obaw.

Nie będę opowiadał o podróży, bo co mogę napisać o 40 godzinach spędzonych w autobusie. Jedyne, o czym warto wspomnieć to fakt, że jechaliśmy najnowocześniejszym autobusem, jaki jest obecnie w Polsce, i rzeczywiście: skórzane siedzenia, rewelacyjna klimatyzacja, nagłośnienie, przyciemniane szyby, i naprawdę wygodne siedzenia. O dziwo nie sięgnęła mnie choroba lokomocyjna, która gdzieś tam po drodze zawsze u mnie występuje a tu NIC.

PORT RYBACKI W PARALII Dojechaliśmy do Parali. Zapłaciliśmy za pobyt w miasteczku o nazwie, Nei Pori, wszystko to leży w obrębie masywu Olimp, tzn. Riwiera Olimpijska, ale w biurze mieli miejsca w Parali i nie wiem, dlaczego nas tam umieścili mimo, ze ta miejscowość w katalogu była droższa o ponad 130 złotych. NO, ale trudno niech już im będzie. Okazało się, że bardzo dobrze, że dostaliśmy się tutaj, bo to końcówka sezonu, a Nei Pori jest malutką wioseczką i podobno wszystko było tam pozamykane.

Dobra wreszcie jesteśmy już na miejscu i mały ZONG - jest 7:00 i jest zimno, słońca niewiele widać jesteśmy w polarach i trochę piździ. No nieźle mówimy sobie: fakt w Polsce nad Bałtykiem o tej porze to musielibyśmy leżeć w zimowym śpiworze na plaży, aby nie dopuścić do wyziębienia, a tu polary starczają - tak się pocieszaliśmy. Na szczęście okazało się, że tylko ranki są chłodniejsze, ale koło 9:00 już zaczęło się robić ciepło, a później gorąco. Czekaliśmy trochę na nasze pokoje. Okazało się, że dostaliśmy pokój z łożem małżeńskim, co bardzo nas ucieszyło, bo wcześniej czytaliśmy, że zazwyczaj w Grecji jest tak, że łóżka są poprzykręcane do podłogi wiec nici z wielkiego łóżka, a tu taka miła niespodzianka. Jedyne, co nas zdziwiło to łazienka: normalnie, kibelek, umywalka i prysznic, lecz nie taki normalny jak można sobie wyobrażać, gdyż nie było żadnej kabiny, tylko, cała powierzchnia łazienki to właśnie prysznic. Na środku był odpływ. Na początku zdziwiliśmy się na maxiora, lecz później nie przeszkadzało nam to za bardzo, tylko podczas używania go musieliśmy uważać, bo zbyt duże zabawy kończyły się wlaniem wody do sypialni. Ale i tak był super.

meteory

AGA w ŚWIĄTYNI AFRODYTY Pobyt mijał nam bardzo szybko. Mieliśmy skromne fundusze, które pozwoliły nam na wykupienie 2 wycieczek: pierwsza z nich była do METEORA tzn. cud świata, klasztory zbudowane w XV, XVI wieku na szczytach 200 - 300 metrowych skał. IKONY Koszt to 30 Euro. Przed wyjazdem kupiliśmy sobie mapę i przewodnik, gdyż sądziliśmy, że te wycieczki są cholernie drogie, i że sami sobie będziemy je organizować, bo wychodzi taniej: BULLSHIT, wycieczki na własną rękę, bez przewodnika wyszłyby nas 2 razy drożej. Wiec w pierwszym tygodniu pojechaliśmy tam.

PO drodze odwiedziliśmy wąwóz TEMBI, gdzie znajduje się źródło Afrodyty. Legenda mówi, że jak się w niej obmyje twarz i całe ciało to się będzie wiecznie młodym i tak też uczyniliśmy. Mam nadzieję, że to prawda. Następnie odwiedziliśmy wytwórnie ikon - największą w całej Grecji. W sumie nic specjalnego ogólnie komercja na maxa. Można było kupić nawet ikony Matki Boskiej Częstochowskiej ze specjalnym rabatem dla Polaków, pseudo złote łańcuszki i srebrne łańcuszki na metry, wazy i inne gadżety dla turystów. MEGALOU METEORA MEGALOU METEORA

Następnie udaliśmy się do Meteorów. Robi wrażenie na prawe mieliśmy zwiedzić, 2 lecz my się zdecydowaliśmy po obejrzeniu środka największego klasztoru, a mianowicie MEGALOU METEORA, że mamy dość, gdyż z zewnątrz robi to naprawdę wielkie wrażenie, a w środku jak kościół protestancki. Jedyne, czym naprawdę sie różnią greckie klasztory, kościoły, to, że ich malowidła naścienne, są bardzo żywe w sensie kolorów, bardzo ostre nie pastelowe i nie wyblakłe, jakby ktoś to zrobił przed chwilą i farba jeszcze nie wyschła. Naprawdę niezłe wrażenie.

Później udaliśmy się do Kalambaki, miasteczka u podnóża Meteorów do restauracji na grecką sałatkę. Naprawdę nie mają drogo w restauracjach i co mnie zdziwiło kupujesz wielki talerz za 6 EURO i idziesz z tym talerzem do kuchni i sam zaglądasz do garów i pokazujesz ile mają ci i co dokładnie nałożyć. Jak masz za mało to możesz poprosić o dokładkę, oczywiście bez żadnej dopłaty? Do tego dostajesz chleba ile chcesz za friko. Oni chleb jedzą do wszystkiego: do zupy, do sałatki, ziemniaków, do słodkich rzeczy, do chleba. Naprawdę do wszystkiego. Jakoś zawsze tak wychodziło, że wszędzie, ale naprawdę wszędzie się spóźnialiśmy, aż wreszcie doszło do tego, ze przewodnik pytał się czy tył jest, ( bo my siedzieliśmy na tyle autokaru), jeżeli my byliśmy to znaczyło, że możemy odjeżdżać, bo wszyscy już są. Dosyć zabawna sytuacja, a właściwie sytuacje, lecz nikt się nie skarżył mieliśmy na wszystko czas. NO i musieliśmy wracać do naszego Hotelu.

Klasztor Roussanou Klasztor Varlaam

Przewodnika mieliśmy naprawdę super, chociaż jak się późńiej okazało na turystyce góskiej to on się wogle nie znał, a więc zmyślał tego czego nei wiedział. Strasznie dużo się dowiedzieliśmy o Grecji, kulturze,obyczajach, historii...

ateny

AKROPOL AKROPOL Kolejna wycieczką i niestety ostatnią, na którą było nas stać to wycieczka do stolicy Grecji, czyli ATENY. Tym razem do przewodnika nie mieliśmy tyle szczęścia był strasznie rygorystyczny, wszędzie biegaliśmy z zegarkiem, gdyż czas mieliśmy wyliczony, co do sekundy. Tutaj o jakimkolwiek spóźnieniu nie było mowy, bo powiedział, jak ktoś się spóźni to niestety będą musieli pojechać bez spóźnialskich. Więc strasznie uważaliśmy na czas, bo z Parali do Aten jest 450 kilometrów, także byłoby, co wracać.

W sumie to zaczęliśmy zwiedzanie od Akropolu. Naprawdę robi wrażenie. Niestety jest cały w rusztowaniach, także trzeba się nieźle nagimnastykować, aby zrobić zdjęcie, na którym nie utrwali się żadnych rusztowań. Mieliśmy bardzo mało czasu na dokładne zwiedzenie muzeum na Akropolu, AKROPOL - PARTENON lecz i tak zdążyliśmy zobaczyć najważniejsze rzeczy. Co mnie zdziwiło to fakt, że w całej Grecji są respektowane nasze zwykłe polskie legitymacje studenckie, na które jest 50%, a dzieci do 18 roku życia mają najczęściej wejścia za FRIKO? AKROPOL - KORY No tak w końcu kraj Unii Europejskiej, w którym stawia się na wykształcenie kulturalne dzieci. Widzieliśmy także sławny łuk Hadriana, Świątynie Zeusa Olimpijskiego, Starożytną Agorę, i wiele innych standardowych zabytków Aten. Ostatnim punktem wycieczki była uroczysta zmiana warty przed Pałacem Prezydenckim. Śmiesznie wyglądają ci wartownicy. Po drodze do Parali, zatrzymaliśmy się jeszcze w historycznym miejscu bitwy w wąwozie Termopile. Dzisiaj stoi tam pomnik.

Była to dosyć męcząca wycieczka, gdyż trwała ponad 24 godziny, lecz warto było. Drugi raz już pewnie nie chciałbym oglądać tych ruin, bo ile można, lecz jeżeli ktoś nie był nigdy to raz w życiu musi poznać kulturę starożytnych greków. Teraz wreszcie mniej więcej wiem, o czym pisze Parandowski w mitologii. A z drugiej strony to przecież kultura całej europy wyrosła na fundamentach starożytnej Grecji, więc trzeba poznać swoje korzenie.

OLIMP - MITTIKAS 2917 m.n.p.m

Priorytetem dla mnie było wejść na najwyższy szczyt Grecji a mianowicie MITIKAS 2917 m. n.p.m., chociażby, dlatego, ze znajdował się on od Parali jakieś 20 km Niestety nikt nie był w stanie mi udzielić informacji na ten temat ile to zajmuje, jak długo się wchodzi i takie tam. Jak jeszcze byłem w domu to szukałem informacji o wejściu, lecz nie zdążyłem ich wydrukować, gdyż zepsuł mi się komputer tuż przed wyjazdem i tylko trochę pamiętałem relacje z wejścia?

Okazało się, że będzie lepiej jak na tą wycieczkę udam się sam. Wyjechałem do miasteczka o nazwie Litochoro o 6:00 rano w środę. Umówiłem się z, Agusią, że jeżeli nie pojawię się do 17:00 w czwartek to ma wzywać pomoc.

mapa

Dojechałem tam autobusie tu znowu nowy obyczaj. Nie warto jechać bez biletu, bo w każdym autobusie jedzie kontroler i z góry wiadomo, że będzie kontrola, także nie warto ryzykować. Może to jest pomysł na łatanie budżetu miasta??? Przewodnik mówił, że wejście z miasteczka zajmie 6 godzin i że jest banalnie łatwo, bo on tam był i do tego wjechał samochodem. DROGA W WĄWOZIE

UWAGA!!!! NIGDY NIE UFAJ TEMU, CO MÓWI PRZEWODNIK "AUTOKAROWY"!!! - Stało się moją dewizą

Wystartowałem o 8:30 z centrum Litochoro. Najpierw idzie się cały czas wąwozem, wzdłuż strumienia, trawersując zbocza. Nie jest trudno, lecz dosyć uciążliwie. Po około 4 godzin marszu byłem dopiero na około 1000 m n.p.m., a do szczytu jeszcze długa droga. W tym momencie wyrzuciłem wszystko, co mi powiedział przewodnik. Zatrzymałem się na krótki rest w pustelni Stefanio ( mała grota, w której spędził całe swoje życie jeden mnich). Poznałem tam 67 letniego Niemca, z którym kontynuowałem wędrówkę. Naprawdę super facet. Mimo swojego wieku i tego, że w poniedziałek ma mieć operacje na kręgosłup to jeszcze chodzi po górach. Wiele mi opowiadał o swoich podróżach. Mam nadzieję, że ja kiedyś też będę mógł snuć takie opowieści właściwie o każdym kontynencie, na którym był. Mimo tego, że był w niezłej formie to zwalniał mnie wiec rozstaliśmy się i poszedłem szybciej sam. Dotarłem po 4,5 godzinie do parkingu o nazwie Prionia ( 1100 m. n.p.m.). Spotkałem parę Słowaków, od których się dowiedziałem, że można było sobie skrócić ten dystans na Mitikasa o moje 5 godzin, bo oni dojechali na stopa drogą odcinek z Litochoro do Prioni. No tak jakbym wiedział, to udałoby mi się wejść w ciągu jednego dnia i jeszcze tego samego zejść. Tutaj dopiero okazało się na prawdę, co mnie PUSTELNIA czeka. Z Prioni do najbliższego schroniska, czyli Spilios Agapitos ( 2100 m. n.p.m.) trasa zajmuje 2,5 godziny, dalej ze schroniska na szczyt to kolejne 5 godzin. Oczywiście wszystko orientacyjnie. Muszę tu jeszcze wspomnieć, że nie warto też ufać temu, co mówią w biurze turystycznym, bo według nich wszystkie schroniska są zamknięte, bo podobno panie to sprawdzały to. Niestety tak się nastawiłem, a tu się okazuje ze minimum 2 są otwarte. W tym miejscu myślałem o powrocie, gdyż nie miałem zasięgu, a po skalkulowaniu czasu wiedziałem, że nie zdążę na dotarcie do Agusi, a ona na pewno będzie się denerwować i wezwie pomoc. W tym miejscu znowu spotkałem tego Niemca i właściwie po rozmowie z Niemcem postanowiłem, że pójdę dalej.

Wodospad

Teraz czeka mnie ostre podejście 1000 metrów w pionie w ciągu 2,5 godziny. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Cały czas ostro pod górę. Powoli moje szybkie tempo spadało. Wreszcie doszedłem do schroniska i zauważyłem, ze mam całkiem niezły czas. Niestety nie miałem, aż tak dużo, że zdążyłbym wejść na szczyt i zdołać jeszcze przed zmrokiem zejść. Dowiedziałem, się, ze noc kosztuje 10 EURO. Miałem ledwo 15, więc postanowiłem, że ta opcja odpada. PO krótkim reście poszedłem żwawo do góry. Doszedłem, gdzieś na wysokość 2500 metrów i zaczęły się kończyć jakiekolwiek krzaki, więc postanowiłem, że właśnie w tym miejscu zanocuję. Całe szczęście na tej wysokości miałem zasięg i mogłem powiadomić, Agusię, że nic mi nie jest i że się spóźnię trochę. Niestety nie miałem ze sobą śpiwora, z wiadomych przyczyn, więc zjadłem przedostatnią kanapkę, założyłem wszystko, co miałem na siebie, wszedłem do plecaka tak głęboko jak się dało, ułożyłem sobie z kamieni wygodną półkę pod krzakiem i poszedłem spać. Byłem dosyć ostro zmęczony. Niestety po jakimś czasie okazało się, ze wzmaga się wiatr i, ze już temperatura zaczęła spadać. Myślę sobie, że jak spadnie poniżej 0 w nocy to będzie niezłą jazda. Po kalkulacji niebezpieczeństwa, jakie mi groziło postanowiłem, że zejdę do schroniska i że tam przenocuje.

NOCLEG Okazało się, że nie ma już wolnych miejsc, ale po błaganiach pani znalazła mi miejsce i koc w jadalni. Wieczorem poznałem fajnego studenta z Izraela i panią doktor z Serbii. Było naprawdę bardzo sympatycznie: Niemcy, Serbowie, Hiszpanie, Anglicy i inne narodowości. Rozmawialiśmy właściwie o swoich krajach. Każdy opowiadało swoim i tak dowiedzieliśmy się, co nie, co o każdym z nas. Było naprawdę sympatycznie. Ta lekarka z Serbii, była z klubem górskim koło 50 osób. Dogadałem się z nimi, że będę wracał z nimi autobusem, bo okazało się, że mieszkają także w Parali, a na nich czeka już autobus, więc szybciej się wydostanę z Prioni.

SZCZYT Następnego dnia pobudka o 6:00 i 40 minut później już na szlaku. Pierwotnie szedłem razem z tym klubem, lecz rozpiętość wieku była ogromna, od 20 do 70 lat, więc szybkość poruszania była dosyć wolna. Doszliśmy razem na jakieś 2500 metrów, w miejscu mniej więcej gdzie miałem zamiar nocować. Aha dopowiem, ze moja decyzja była jak najbardziej słuszna, gdyż w nocy było koło -5 stopni, więc byłbym w niezłych tarapatach i noc na pewno byłaby walką o przetrwanie. Razem z Izraelczykiem imienia nie wypowiem, lecz było podobne trochę do Gandalfa, poszliśmy dalej nieco szybciej. Szlak najpierw wprowadzał nas na szczyt Skala 2817 m n.p.m., to zajęło nam jakieś 3,5 godziny i dalej już tylko 1 godzina, lecz nie normalnego trekkingu, lecz trawersowanie zbocza. Tutaj trzeba było używać już SZCZYT wszystkich 4 kończyn. Trawers nie był trudny, lecz trzeba było bardzo uważać na spadające kamienie, gdyż było bardzo krucho, no i ta ekspozycja. W lewo i prawo były pionowe ściany kotła lodowcowego. Każda strona to jakieś 1500 metrów. Kilka dni temu w tym miejscu zginął facet, bo się poślizgnął i spadł do jednego z nich. Także trzeba było uważać. Na szczyt wyruszyliśmy ze Skali już w innej grupie. Kilku Hiszpanów, małżeństwo Niemców, ja, 2 Brytyjczyków i mój znajomy z Izraela. Po godzinie trawersowania i łatwego, lecz bardzo ostrożnego wspinania osiągnęliśmy najwyższy wierzchołek Grecji - MITIKASA.

Na szczycie oczywiście pamiątkowe zdjęcia, wpis do księgi wejść. Po przeczytaniu kilku stron doszedłem do wniosku, że SZEF czuwał cały czas na de mną, bo inni próbowali po kilka razy i dopiero za 5 razem udało im się osiągnąć szczyt, bo zawsze pogoda uniemożliwiała wejście. Na szczycie znajduje się flaga narodowa i olimpijska Ateny 2004. Po krótkim posiłku i odpoczynku postanowiliśmy schodzić. Hiszpanie i Niemcy poszli inną trasą, lecz nikt nie wiedział jak długo zajmuje i którędy dokładnie prowadzi, więc nie chciałem ryzykować, gdyż jak najszybciej chciałem się wreszcie znaleźć w ramionach, Agusi.

Gandalf schodził o wiele wolniej ode mnie, więc za każdym razem czekałem na niego, i w pewnym momencie gdzieś na 2400 siedzę i widzę schodzącą inna drogą parę mówiącą po polsku. Oczywiście nie omieszkałem zagadnąć. Dowiedziałem się, że mają samochód i jak chcę to mogą mnie podrzucić z Prioni do Parali. Pożegnałem się, że wszystkimi i poszedłem z nimi. Po drodze opowiedzieli mi o swojej podróży 3 tygodniowej po Grecji. To, co mówią przewodnicy to naprawdę gówno warte. Mówią tak, aby się dobrze słuchało, a rzeczywistość czasami jest całkowicie inna. No, ale za coś im się płaci. Po drodze jeszcze spotkaliśmy wielkiego żółwia, który prawie wpadł nam pod koła samochodu. W aucie panował niezły klimat, bo wszyscy we trójkę nie myliśmy się od 2 dni, więc nieźle śmierdziało, no, ale w końcu wracamy z góry. Podwieźli mnie pod samą plażę, gdzie czekały na mnie ukochane ramiona. Tak zakończyło się zdobycie MITIKASA.

... koniec ...

KOLACJA Oczywiście całe dnie spędzaliśmy na plaży opalając się. Woda w morzu jest koszmarnie słona, więc trzeba było non-stop myć twarz i usta, bo nie szło inaczej wytrzymać. Reszty ciała nie myliśmy, bo grecy uważają, że sól świetnie konserwuje i tak też czyniliśmy. Szczerze mówiąc to nie byliśmy na żadnej imprezie tanecznej. W sumie to właściwie nie wiem, dlaczego, lecz wieczorem zawsze woleliśmy się powłóczyć po plaży w ciszy i spokoju, bez ludzi. Wybieraliśmy raczej bardziej naturalne rozrywki niż to, co można w Polsce robić. Podobnie postępowaliśmy z jedzeniem. Jak już jedliśmy w jakiejś restauracji to wybieraliśmy potrawy typowo greckie lub takich, których nie można zjeść w Polsce. Często też szykowaliśmy sobie jedzenie sami próbując wszystkiego, co można było znaleźć w greckim markecie. GYROS - całkowicie, co innego niż jest w Polsce, zresztą oni przygotowują go na tysiące sposobów. Co budka to inaczej smakuje? Do tego wszystkie słodkości w Grecji są sssuuuupppperrrrrr słodkie, gdyż oni do słodzenia nie używają cukru tylko miodu. Fakt pączek kosztuje 1 EURO, lecz po zjedzeniu greckiego pączka nie ma się ochoty na następnego - nawet ja.

PLAŻA Wreszcie teraz nastąpiły dni totalnego leniuchowania. Niestety wszystko, co dobre musi się skończyć. Zrobiliśmy małe zakupy pamiątkowe dla rodzinki, no i nasze pieniążki zostały doszczętnie wydane. Za ostatnie poszliśmy na romantyczną kolację do ekskluzywnej restauracji. Ja zamówiłem sobie smażone kalmary, a Agusia mouzake ( tj. zapiekanka z mięsem mielonym, ziemiankami, smażonymi bakłażanami i serem) specjalność Greków. Kalmary były dosyć trudne do pogryzienia no i muszę przyznać, że są strasznie ciężkostrawne. Po 2 dniach jeszcze je czułem w ustach. Osobiście drugi raz bym ich nie zamówił, lecz to Agusi było całkiem całkiem.

I tak dobiegł czas powrotu do Polski. Wspomnę jeszcze, że spróbowałem w Grecji alkohol!!! Tak, tak ja, który nigdy nie pił, co mi się stało??? Nic po prostu chciałem spróbować. Napiłem się jednego OUZO, czyli greckiej wódki anyżkowej. Sama, czysta jest paskudna, lecz po rozrobieniu z wodą jest OK. Natomiast, RETSINA, czyli najbardziej greckie wino jest FUJJ. Trzeba jeszcze wspomnieć oczywiście o kilku rodzajach, Metaxy, której nie próbowałem, lecz przywieźliśmy ją ze sobą, więc spróbuję już tu w Polsce.

FRAPPE

Mieliśmy okazję także wypróbować greckie, FRAPPE, czyli kawa na zimno robiona z kranówki. Robi się ją następująco. Zalewa się 1/3 szklanki wrzątkiem rozpuszczalną kawę, następnie dolewa 1/3 kranówki i miesza specjalnym urządzeniem, aby powstała piana i znowu dolewa 1/3 kranówki lub zimnego mleka i znowu miesza. Na koniec duża ilość cukru i kostki lodu. GOTOWE. MI smakowało tak sobie, lecz Agusi, która pije dużo kawy wogle. No cóż są gusta i guściki!!!

PALMY

I tak się zakończyła podróż do Grecji. Postanowiliśmy, że jeszcze tu będziemy chcieli wrócić, gdyż nie widzieliśmy, jeszcze dwóch rzeczy: wysp, oraz Peloponezu. Te dwie krainy są całkowicie inne niż ta Grecja, którą poznaliśmy, no, ale sądzę, że na pewno wrócimy.