OSP & Misja Pec, 23.04 - 3.05 2004
wyjazd
No tak zaczęło się od tego, że 23 czyli w piątek zebraliśmy się wszyscy, czyli:
- Auto nr 1: Asia, Baśka, Artur i Ja
- Auto nr 2: Michał, Mateusz, Gośka (jego dziewczyna), Marek i Artur
wsiedliśmy w dwa samochody i mieliśmy razem jechać, ale już we Wrocławiu na przedmieściach się zgubiliśmy i drugi
samochód czekał na nas na granicy POLSKO - CZESKIEJ. Ogólnie ekipa z pierwszego samochodu nastawiona na 100% wspinu a
drugi car jakoś taka ekipa turystyczno-krajoznawcza wycieczka dla emerytów, no może oprócz Michała, lecz został pod
wielkim ich wpływem.
W Czechach musieliśmy wykupić winietę na drogi, co bardzo nam się nie podobało. Dodam jeszcze, że nasz samochód nie posiadał nawet skrawka jakiejkolwiek mapy, jakoś zapomnieliśmy i liczyliśmy, że z dojazdem nie będzie większych problemów. Przeliczyliśmy się!!! W skrócie to tak, ze gubiliśmy się dosyć cyklicznie, co jakiś czas. Po 15 godzinach dojechaliśmy do OSP. Była jeszcze noc, więc rozbiliśmy się na parkingu pod podejściem pod rejon MISJA PEC i spaliśmy do rana.
Założyliśmy sobie, że robimy tak: 2 dni wspinu, 1 dzień restu. Na początku mieliśmy zacząć delikatnie, aby się rozwspinać, ale Baśka, ( która tu już była 2 razy) pokazała nam ładną drogę 6b+ no i wkosilismy ją, ale jak na pierwszy dzień to trochę przesadziliśmy. Nie będę pisał po kolei, co i gdzie się wspinaliśmy, bo zanudzę na śmierć. Napiszę jedynie o bardziej ekscytujących chwilach tego wyjazdu.
incydent
Jednego dnia postanowiliśmy z Arturem załoić Vielka Stiene, czyli jakąś wielo wyciągową drogę. Postanowiliśmy, że rozgrzejemy się na MEDO ( 3, 5c, 5c, 5c). Niestety nie mogliśmy jej za cholerę znaleźć, za to wkosiliśmy bardzo przyjemną dwu-wyciągową płytówkę. Wyceniamy na jakieś 6b+. Później postanowiliśmy szukać dalej naszej drogi no i znaleźliśmy jakąś.
Pierwszy wyciąg pociągnął Artur, bez większych problemów. Ja poszedłem drugi też bez najmniejszego problemu. Nie
wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy i na jakiej drodze jesteśmy, lecz puszczało, więc wspinaliśmy się dalej. Trzeci
wyciąg to banalny trawers, lecz przy czwartym zaczęły się małe problemy. Artur p[oprowadziła a ja ledwo doszedłem do
góry wyciągu. Wykończony prowadziłem ostatnią piątą długość liny i byliśmy na szczycie. Bardzo zadowoleni z siebie,
lecz wiedzieliśmy, że nie możemy się cieszyć, bo nie jesteśmy jeszcze na dole.
Założenie było takie, że będziemy zjeżdżać tą samą trasą, jaką wchodziliśmy, lecz stanowiska były zrobione ze spitów,
więc musieliśmy zostawić na pierwszym zjeździe naszą taśmę. Co prawda była tam jakaś stara, lecz jakoś nie chcieliśmy
jej zaufać? Na drugim zjeździe postanowiliśmy już zaoszczędzić, gdyż była, co prawda stara taśma, lecz nie budziła
zastrzeżeń, do tego był jeszcze mały repik, wyglądał jak sznurówka z buta, lecz sądziliśmy, że spokojnie wytrzyma.
Zjeżdżaliśmy po sobie Artur pierwszy a ja drugi. Podczas zjazdu Artur zauważył stanowisko z łańcucha eleganckie, więc
się tam zatrzymaliśmy. Sądziliśmy, że natrafiliśmy wreszcie na linie zjazdów. Ucieszeni tym faktem Artur znowu jechał
pierwszy. Przejechał połowę zjazdu i krzyczy do mnie, że kolejnego stanu nie ma!!!
Sadziłem, że nie widzi, więc
mówię, żeby się rozejrzał dokładniej. PO przyjrzeniu się i stwierdzeniu, że nie ma stanu a do ziemi zostało jakieś
30 metrów zaczął trawersować ścianę podczas zjazdu. Było to dziwne, bo jak wytrawersował 2 lub 3 metry to po chwili
zostawał mu chwyt w rękach i odpadał, zaczynając od początku. Taka sobie syzyfowa praca.
Trwało to jakiś dłuższy czas. Później jak doszedł do wniosku, że nie ma szans tak wytrawersować to zauważył, że tam
mniej więcej gdzie się kończy lina widzi jakieś repy i wbitego haka. Poradziłem mu, aby dojechał do tego miejsca. Ja
cały czas wisiałem w górnym stanie i umierałem z powodu słońca, które cały czas cholernie mocno mnie opalało. Woda
została pod ścianą, a wisiałem tam już jakieś 3 godziny. Dojechał i się okazało, że widzi hak przed sobą w odległości
jakieś 2 metry, lecz lina zjazdu nie była przy ścianie tylko w lekkim przewieszeniu i teraz wisaił w lufie nie mając
kontaktu ze ścianą. Teraz się zaczęły, żabki, kraule, i inne dzikie akrobacje, aby zbliżyć się do ściany. Z góry,
czyli mojego punktu widzenia wydawało się to śmieszne i na początku się śmiałem, lecz jak mnie już zaczęło wszystko
boleć od zwisu w uprzęży to nie było mi już do śmiechu.
Postanowiliśmy wzywać pomocy, gdyż doszliśmy do wniosku, ze za chwilę zacznie się ściemniać, a my nie możemy sobie
poradzić sami. NO i zaczęło się moje wołanie, dawanie znaków, lusterkami z okularów, pokazywaniem międzynarodowego kodu
wzywania pomocy, czyli Y i inne wrzaski. Ktoś wreszcie zauważył i zaczął podążać w naszą stronę. W tym czasie zrzuciłem
Arturowi repa i przy jego pomocy próbował na lasso złapać jakiś fragment ściany, aby mógł się do niego dociągnąć.
Udało mu się w momencie jak para Włochów podeszłą pod ścianę i zaczęli się wspinać. Ich pomóc sprowadziła się tylko
do poprowadzenia jednego wyciągu przetrawersowania do Artura i ściągnięcie jego wraz z liną do stanu. Jak już to się
udało, ja mogłem spokojnie zjeżdżać? Gdyby nie oni to pewnie jeszcze długo byśmy tam zabawili. Dzięki ich pomocy
nasz powrót z Wielkiej Ściany zakończył się nieprzewidywalnie długo, lecz bezpiecznie.
No tak wyciągnęliśmy wiele wniosków z tej sytuacji i następnym razem nie popełnimy tych samych błędów. W końcu człowiek uczy się na własnych błędach.
Tak na marginesie później się dowiedzieliśmy, że droga, którą zrobiliśmy to GOLDFINGER 6c ( 5c, 6b, 5a,6c, 6b+).
rest
Pierwszy spędziliśmy na opalaniu i zwiedzaniu Triestu: miasteczka włoskiego, w celu znalezienia podobno najtańszego
sklepu wspinaczkowego w Europie. Niestety ten, co znaleźliśmy był droższy niż w Polsce i daliśmy sobie spokój i pojechaliśmy
na kamienista plaże, aby dogrzać się w promieniach słonecznych.
Drugi dzień to wyjazd do, POSTOJNEJ, aby zwiedzić jaskinie Postojna Jama uważana za najpiękniejszą jaskinię na świecie.
Na wstępie nas zamurowało, jak przy kasie pani zażądała od nas po 12 EURO za studencki bilet. No odżałowaliśmy i zaczęliśmy
zwiedzanie od akwarium, gdzie były umieszczone wszystkie zwierzątka, które można spotkać w jaskini. Największe wrażenie
zrobił na nas okaz proteusa, czyli małego węża, koloru cielistego bez oczu.
Za uszami miał skrzela, oprócz tego
potrafi oddychać tlenem atmosferycznym i naukowcy nie potrafią go sklasyfikować do żadnej gromady, czyli nie wiadomo,
co to jest: gad, płaz, ssak, czy jeszcze coś innego. Żeby było śmieszniej to nie wiedzą nawet, czym się ten stworek
żywi. NO OK. później się udaliśmy na zwiedzanie jaskini.
Od razu nie spodobał mi się znak oznaczający, że nie można fotografować, no, ale czas wejść do środka. Wchodzimy i
przewodnik zaprasza nas do wagoników, takie mniej więcej jak na filmie "Indiana Johnes", jechaliśmy nimi kilkanaście
minut pośród zakamarków coraz to bardziej bogatszych nacieków i form skalnych, jakich dotychczas nie widziałem. Po prostu
występowały tam wszystkie formy naciekowe, jake mogły tyko powstać przez te kila milionów lat. Po prostu bomba, już wtedy
wiedziałem, że warto było wydać tyle kasy. Wysiedliśmy po tej trasie i kolejne 2 kilometry zwiedzaliśmy jaskinie na
nogach.
Udało mi się zbajerować przewodniczkę i pozwoliła mi zrobić kilka zdjęć. Wyszły, rewelayjnie, lecz cała wycieczka
trwała tylko 2 godziny i czuję cały czas niedosyt tego, co widziałem. Jedynie, co mi się nie podobało to ta komercyjność.
Szliśmy korytarzem wybetonowany, aby paniom na szpilkach łatwiej się chodziło, z barierkami i wszystko było podświetlane
halogenami. No tak komercyjna jaskinia, lecz i tak uważam, ze była po prostu rewelacyjna. W tym rejonie na Słowenii,
podobnych jaskiń, może trochę mniejszych jest mnóstwo, tylko niestety trzeba mieć kasę, aby je zwiedzić, bo próbowałem
się dowiedzieć coś na temat zwiedzania bez przewodnika jako klub jaskiniowy, lecz pani przewodnik poinformowała, mnie,
że nie jest to możliwe. TRUDNO!!!
powrót
No tak nadszedł czas powrotu. Niestety!!! Nie mieliśmy mapy, ani atlasu samochodowego, jedynie pożyczyliśmy mapę Słowenii i to nam trochę ułatwiło, lecz przez Węgry, Słowację, Czechy przejechaliśmy na czuja i na podstawie tego, co pamiętaliśmy. Przez te kraje przejeżdżaliśmy w nocy, także kontakt z autochtonami był także utrudniony, lecz nadrobiliśmy jakieś100 kilometrów. W pewnym momencie myślałem, że nie wyjedziemy z Czech, lecz wszystko udało się i po kilkunastu godzinach wróciliśmy do Polski.
To by było na, tyle jeżeli chodzi o mój wyjazd do Osp. Teraz pozostaje nadrabiać zaległości i planować następny. Jakieś ciche plany już mamy, lecz jeszcze nie będę nic zdradzał, aby nie zapeszyć.
oto przejścia:
- Osp
- Osp Babna Chat Moire OS 6b
- Osp Babna Potion Magique OS 6b
- Osp Babna Le Plasir De La Soir OS 6a+
- Osp Babna No Siesta OS 6b+
- Osp Babna Steber Justranje zvezde OS 6b+
- Osp Babna Love Story OS 6a+
- Osp Babna LL Castigo OS 6b+
- Osp Right Sector Goldfinger OS 6c
- Misja Pec
- East Pepel OS 6b+
- East Variant Pepel OS 6a+
- South P.D OS 6b
- South Tazio RP 6c
- South Pecenica RP 6b+
- South Tretje tisodetje OS 6b
- South Kamnolum OS 6a+
- West Hrenovka 6b+
- West Sneguljcica OS 6a+
- West Palckov 6b+

-nowości
