![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [epilog]
DZIEŃ 20: Yosemite, bouldering 10/04/2004
Niestety to już ostatni dzień w dolinie. Szybkie zakupy, pamiątki małe prezenciki i komunikacja za światem ( internet), aby sprawdzić czy nasze zapisy są OK, bo niektórzy a właściwie większość studentów zaczyna dzisiaj zajęcia. Internet w dolinie jest w kilku miejscach. Najbliższe Camp 4 to biblioteka, lecz nie wiedziałem o tym , ze kolejka ustawia się wcześniej, więc jak ktoś potrzebuje coś załatwić tą drogą to najlepiej jakby od rana czekał, aż w południe przyjdzie panie z kluczem. Obowiązuje prosta zasada: "kto pierwszy ten lepszy"

Na szczęście panie rozumie studentów i pozwoliła mi po rozmowie szybciutko bez kolejki sprawdzić sobie sprawy związane ze studiami. Dziękuję ładnie!!!
Teraz czas na podbój tutejszych boulderów koło Ahwahee Hotel ( najdroższy hotel w dolinie). Są tu o ciut łatwiejsze problemy, więc jest na czym się pobawić. Pół dnia spędziłem na rozwiązywaniu przystawek. Jest naprawdę fajnie, dachy na tarcie wszystko czego można chcieć. Zrobiłem fajny trawers po dachu z sit down oraz kilka strzałów na innych problemach. Reszta to skradanie się po wielkich kamieniach, trochę położonych płyt i takie tam - jedno jest pewne zabawy jest mnóstwo. Niestety ostatnia przystawka, która zajęła mi prawie godzinę tak zmasakrowała mi palce, że musiałem zakończyć na tym przygodę z boulderingiem w dolinie.

Coś się oziębiło. Ostatni wieczór w dolinie pragnę świętować kolacją w Yosemite Lodge - taka fajna ( znaczy dużo , dobre za odpowiednią cenę ) restauracyjka. Wybór pada znowu na smażonego kurczak. Naprawdę jest dobry. Niestety wszystko dobre ale musi się kiedyś skończyć. Dolina ma swój niepowtarzalny klimat, atmosferę, której nigdzie indziej nie zaznałem, ma w sobie coś, że już teraz myślę o tym jakby to zrobić aby tutaj wrócić. Moje pragnienie jest na pewno spotęgowane tym, że nie miałem okazji się wspinać na tych big-wall ale kiedyś to nastąpi.

Jedynie czego mogę żałować to tego , że nie ma odpowiedniego partnera i nie mam sprzętu aby coś załoić, lecz następnym razem nie będzie narzekania bo będę przygotowany.

Po drodze ze sklepu spotkałem Toma Evansa, tutejszego fotografa, który siedzi codziennie na Yosemite Meadows i ze swoim 1200mm obiektywem robiącego zdjęcia wspinaczy na El Capie. Jest chodzącą encyklopedią historii. Wie wszystko co się dzieje w dolinie na ścianie ścian. Nic mu nie umknie. Najważniejsze jest to , ze zdjęcia robi wszystkim nie tylko tym dobrym, ale także tym nowicjuszom, którzy robią swoją pierwszą drogę na El Capitan.
Jutro czas spakować swój stuff i uderzyć w kolejną podróż : kierunek to San Francisco, nowi ludzie, nowe miasto, nowa przygoda.





