Morawy 2006 łukasz kęda kędzierski

Dzień: [I] [II] [III] [IV] [V]

Dzień I. Wyjazd: Wrocław - Rudice, 08.11.2006

Sprawa wydawała się prosta: zebrać ekipę chętną na wyjazdu, nawiązać kontakt z Czechami, dogadać szczegóły, zebrać się, zapakować niezbędny sprzęt, wyjechać i korzystać z wyjazdu ile się da. No tak łatwo powiedzieć, teoria nie zawsze ma pokrycie w praktyce...

Ekipa zbierała się strasznie powoli, kilka emaili, telefonów, namawiania, aż wreszcie wyklarowały się chętne i prawie osoby pewne:

  1. Janusz, Seba a. Kaleka, Joła i ja zdecydowaliśmy się na opcję długiego weekendu
  2. Koń, Marta, Aga i Kamil opcja późna weekendowa (przyjazd w piątek późno w nocy)
  3. Zbychu Grzela instruktor PZA, Alina Robert i Jola opcja wczesna weekendowa (przyjazd w piątek koło południa)

Morawy 2006 łukasz kęda kędzierski

Nawiązanie kontaktu z Czechami też nie było łatwą sprawą. Posiadaliśmy jakiś numer telefonu do Olda Stos a. Spider. Próbowałem kilkakrotnie się z nim skontaktować i wreszcie udało się nawiązać kontakt telefoniczny. Po wielu telefonach udało ustalić się prawidłowy adres email (może jestem za tępy, lub po prostu mój czeski nie jest tak dobry...) i już rozmawialiśmy o wyjeździe poprzez pocztę elektroniczna. Ja po polsku on po czesku dogadaliśmy szczegóły naszego pobytu na Morawach: termin, ilość osób, miejsce do spania, no i trochę o naszej działalności tam.

Umówiliśmy się z Koniem w klubie po odbiór sprzętu z magazynu o godz. 17:05. Janusz podjechał swoim nowiutkim samochodzikiem, zapakował sprzęt i raptem po kilkudziesięciu (ach te korki we Wrocławiu) minutach już był u mnie na Kuźnikach. Wstąpiliśmy jeszcze po Jołę i jedziemy w stronę Lisowic po kalekę.

Już teraz w komplecie (jest godzina 19:00) mkniemy przez polskie, nierówne o kiepskiej nawierzchni drogi w stronę Międzylesia. Po drodze zakupy żywieniowo-pitne, aby nam kierowca Janusz nie padł. Niby jesteśmy w Unii a tu musimy się zatrzymywać, pokazywać dokumenty na granicy. Żenada...Jesteśmy już w Czechach i już po trochę lepszej jakości asfalcie, lecz bardziej krętym zdobywamy kolejne kilometry.

Z czechami byliśmy umówieni na 10:00 w Rudicach w barze pod miłą nazwą Tumperek. Niestety wrocławskie korki opóźniły nasze pojawienie się w Czechach. Dojechaliśmy gładko do Blańska i dalej już trochę błądząc dojeżdżamy do Rudic.

Morawy 2006 łukasz kęda kędzierski

Niestety marzenia o pysznym smażonym serze z hranolkami zostały rozwiane z chwilą naciśnięcia klamki restauracji - zamknięte na wszystkie spusty.

Olda wysłał smsa, że mamy wziąć klucze z restauracji (ha, ha ciekawe jak), a jak nie zdążymy to mamy przekimać jakoś, gdzieś (bliżej nieokreślony byt) do rana i wtedy je wziąć.

Pozostało wybranie odpowiedniego miejsca na nocleg pod chmurką. Przestrzeń pomiędzy kościołem, a boiskiem piłkarskim wydawała się najwłaściwsza. Ubraliśmy się dosyć solidnie, zapakowaliśmy nasze ciałka do spiworków i wreszcie rest. Jedyne czym można w tej chwili się przejmować to faktem, że na kolację mamy paczkę ciastek i po pół jabłka. No nie jest to wymarzona strawa dla strudzonego wędrowca...

Trudno trzeba iść spać aby przetrzymać do rana...

Następny dzień