![]() |
Dzień: [I] [II] [III] [IV] [V]
Dzień III. Rudické Propadání, 10.11.2006
Jak ja nie lubię wstawać, z resztą kto lubi? Postanowiłem, że ustawię budzik na 7:45, aby zwlec swoje ciało z bardzo miękkiego łóżka, które środkiem zapada się, ponieważ plan był taki, że przed przyjazdem "ekipy Zbycha" zdążyć zwiedzić jaskinię turystyczną Balcarka.
Wiadomo, że rano wszystkie czynności wykonuje się powoli. Najgorsze jest wykonanie pierwszej czynności, czyli otwarcie ciężkich jak cholera powiek, aby być w stanie znaleźć w przestrzeni urządzenie, które wyzwala z siebie "La Bambe". Co za kretyn ustawił taką melodyjkę - ups to chyba ja. OK dalej trzeba rozpiąć cieplutki, milutki śpiworek, który jeszcze chwilę temu był oazą spokoju. No nic, gdzie moje gacie, skarpetki, spodnie i takie niezbędne ciuszki, ręcznik, pasta, szczoteczka i zataczając się powłóczę nogami do jadalni, mijam drzwi, schodzę po schodach i szukam w gąszczu drzwi te właściwe. Sikanko, szybkie mycie i powrót do jadalni, aby zdążyć wrzucić w siebie jakieś pożywienie i picie. Reszta już też zdołała wygramolić się z łóżek i szykują jakieś jedzonko.
|
Jaskinia Balcarka "Jaskinia Balcarka leży w północnej części Morawskiego Krasu, w malowniczym odcinku Suchego Zlebu koło Ostrowa u Macochy, w rezerwacie przyrody Balcarova skála - Vintoky. Jest to zachwycający labirynt korytarzy, katedr i przepaści z bogatą i różnokształtną naciekową ozdobą. Wizyta w jaskini zaczyna się w okazałym portalu wejściowym Balcarowej skały (Balcarova skála). Sztucznie utorowanym korytarzem zwiedzający schodzą do niewielkich komór, które pociągają barwnością sintrowych nacieków i stalagmitów. Pierwszym postojem są wysokie na 10 metrów komory nazywane rotundami Wilsona. Większa z nich jest przepięknie ukształtowaną kolistą przepaścią, której ściany zdobią sintrowe kaskady. Stąd wiedzie trasa do największych komór Balcarskiej plątaniny - Wielkiej Katedry (Velký (Fochova) dóm). Podłużna komora o rozmiarach 65 x 20 x 15 metrów, której sufit zdobią przejrzyste stalaktyty i zasłony, została nazwana imieniem bohatera z I. Wojny Światowej - francuskiego marszałka. Po zwiedzeniu wszystkich malowniczych zakątków Wielkiej Katedry na zwiedzających czeka wejście do części zwanych Galeriami i Korytarzem przyrodniczym (Přírodní chodba). Te należą do najpiękniejszych komór Morawskiego Krasu - naciekowa ozdoba na ścianach i sufitach jest bardzo bogata, czysta i w dobrym stanie. Kolejnym postojem jest Katedra zagłady (Dóm zkázy), który powstał przez załamanie sufitu jaskinnych pięter. Z naciekowych tworów budzi zainteresowanie przede wszystkich wysoki sintrowy wodospad, Madonna (Madona) albo Kaktus. Trasa potem wiedzie do Objevitelského dómu, którego ściany i sufit są pokryte powłoką z wapiennego kaszowatego materiału, która powstała zapewnie przez działanie mikroorganizmów. Zwiedzanie jaskini kończy się w komorze zwanej Popeluska, która była jedną z pierwszych odkrytych części jaskini." /zaczerpnięte ze strony http://www.moravskykras.net// |
Dojechaliśmy na miejsce kilka minut przed 9:00. Kupujemy bilety, legitymacja scw znowu działa, lecz tutaj dorzucają już nie gratis bilet za parking. No cóż jak nie tak to tak...
Generalnie znowu mamy prywatny Trip, sami podążamy za panią przewodnik. Czy to nie dziwne, że we wszystkich trzech jaskiniach jakie zwiedzaliśmy za przewodników mieliśmy same panie? Szkoda, że lata świetności tych pań już dawno przeminęły, bo mogłoby być znacznie przyjemniej. A nie ważne - takie dyrdymały.
Jaskinia bardzo przyjemna, kilka dużych sal i korytarzy. Zwiedzanie jej to tylko 45 minut i pani przewodnik nigdzie się aż tak nie spieszyło, więc coś tam można było pstryknąć. Piszę pstryknąć, bo żeby zrobić coś ciekawego to nie było czasu. Trudno. Chcieliśmy jeszcze zwiedzić za jednym zamachem jaskinię Sloupsko-oůvské , lecz okazało się, że jest zamknięta bo wysiadł prąd czy coś w ten deseń. A w niej znajduje się najdłuższy udostępniony obszar do zwiedzania.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc postanowiliśmy zobaczyć muzeum znajdujące się w rudickim młynie wiatrowym. Wchodzimy przez małe drzwi schylając swoje mądre główki, aby ich przypadkiem nie uszkodzić, pokonujemy korytarzyk i pukamy do kolejnych małych drzwi. W środku siedzi jakiś wiekowy pan, przegląda gazetę i zaprasza nas serdecznie do środka.
Generalnie coś tam opowiada po czesku (choć i była propozycja w angielskim, niemieckim, francuskim, nieźle co? Pewnie jakaś zdarta kaseta), historię młyna i bardzo szybko przechodzi do bilecików. Próbuje nam sprzedać studenckie 8Kr i normalne 16Kr. Na to ja wyskakuję, że jesteśmy ze speleoklubu, mamy legitkę, taki standard. Pan na to sprzedaje nam wszystkie 4 po 16Kr. No trudno czasami lepiej się nie odzywać, a z drugiej strony niech ma, przecież to grosze...
Muzeum pierwsze piętro to jakaś wystawa potłuczonych garnków, kamieni i jakiś tam bzdet, lecz górne piętro to wystawa speleologiczna, opisująca eksplorację Morawskiego Krasu, oraz działań czeskich speleologów na świecie. Makiety jaskiń, ładne zdjęcia, plakaty, manekiny w pełnym jaskiniowym i nurkowym rynsztunku. Bardzo fajne, dla górnego piętra warto było tu przychodzić.
Pojechaliśmy do urzędu miasta, aby spotkać się z Romanem. To taki gość, z którym pojechaliśmy z powrotem do muzeum, bo za nim mają swoją bazę. Dał nam klucze oraz folder o jaskini Rudické Propadání, oraz pokazał mniej więcej gdzie znajduje się otwór oraz wyjaśnił skomplikowany system otwierania drzwi wejściowych. Podjechaliśmy na bazę na drugie śniadanie i w międzyczasie pojawił się Zbych, Alina, Jola oraz Robert. Zebraliśmy się do kupy, przepakowaliśmy sprzęt, nabiliśmy karbidówki, spakowaliśmy statywy i aparaty i wyruszyliśmy we wnętrzach w stronę dziury.
No tak Roman niby nam pokazał, w którym miejscu mamy wejść w las, wtedy wydawało się to proste, że nie można nie trafić. No tak teraz jak przyszło co do czego to mamy zgryz. Nie wiadomo dlaczego, ale chyba facet przewidział nasze małe problemy z trafieniem w odpowiednie miejsce, więc dał znać jakiemuś innemu Morawiakowi, aby miał na oku bandę dziurołazów z polski i w razie co pomógł osiągnąć zamierzony cel. Pojawił się na szczycie górki wskazując miejsce. Teraz to już łatwo bo po ścieżynie leśnej idziemy wzdłuż skał, dochodzimy do ścieku (rzeczki?). Czyli wszystko wiadomo, doszliśmy za daleko i teraz musimy się troszeczkę cofnąć. Hurra pełnia sukcesu, znaleźliśmy wejście.
Aby nie było tak, że przebraliśmy się na darmo, najpierw poszedłem do drzwi aby spróbować otworzyć te wrota, bo patent jest strasznie skomplikowany. Po dłuższych próbach, mając w pamięci rysuneczek naszkicowany przez Romana pokazujący poszczególne kroki, jakie należy wykonać aby uległy drzwi, 2/3 zabezpieczeń udało sforsować się, dalszą częścią zajął się nasz Zbyszek Grzela, instruktor PZA. Uff, udało się. Nie pozostało nic innego jak wślizgnąć się niczym wąż w kombinezony odpalić karbidówy. Ha, ha, jaskinia wodna, lecz najpierw do wody trzeba dojść. Nikt nie pomyślał o tej jakże banalnej sprawie, w końcu to urlop kompletne rozprężenie. Osoby posiadające nadmierne ilości śliny napluły do ariany, a reszta na elektrykach.
Zaczynamy systemem drabin. Pierwsza wygląda na prawie funkiel nówkę, Zbysio napiera pierwszy, w miejscach, gdzie leży lina zaczepia ją o drabinę, kilkukrotnie upewniając się, czy aby na pewno jest dobrze zamocowana, aby nie było powtórki z Picosowa Czym niżej tym drabiny są gorszej jakości, lecz nadal akceptowalnej. Po pokonaniu najdłuższej z nich, czyli około 17 metrowej dotarliśmy na spąg w miejscu o nazwie "Hugonuv dom", czyli gdzie znajdowała się już woda. Tak naprawdę trudno ten płyn nazwać to wodą, bo przezroczysta to ona nie jest, śmierdzi jak nie wiem co, mnóstwo jakiegoś badziewia no tak szambonurek czułby się jak w domu. Generalnie to czym teraz brodzimy to jakiś nie ciek a ściek, normalne pomyje, proszek, szampon, kibel (oby nie).
Początek jak zwykle, każdy chce jak najmniej zamoczyć kaloszki w wodzie. Po co się niepotrzebnie wystawiać na kontakt z tą cieczą. Ściany rzeczywiście są pokryte ładnymi naciekami, nie to co w jaskiniach turystycznych odwiedzonych wcześniej, lecz też tego jest całkiem sporo. Poruszmy się do przodu, aż ciecz staje się głębsza i głębsza, aż w "Sifon prostrileny" nie można już zacieraczką przejść, bo jest tak szeroko, więc wstrzymuję oddech i Zbychu władował się do wody już bez pieprzenia, więc i ja i wlało się do jednego kalosza, później do drugiego. Myślałem że będzie gorzej. Po chwili już wszyscy brodzimy w cieczy, a poziom utrzymuje się trochę powyżej kolanka, no oczywiście to zależy gdzie kto ma te kolanka.
Korytarze bardzo obszerne, powstały chyba na jakimś pęknięciu czy co, nie znam się. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, aby móc coś tam zarejestrować, czyli cały proces: rozwiązanie szpeja, wyciągnięcie statywów, ustawienie aparatów, dyrygowanie, kierowanie ludem, pstryk, wstrzymanie oddechu i zamarcie w bezruchu na kilka, kilkanaście sekund i już po krzyku. Niestety fajna zabawa to była na początku, później chłopakom znudziło się.
Gdzieś po drodze w okolicach "Kasnej" jest kilkudziesięciu letnia drabinka oblana naciekami, która uwieczniona jest we wszystkich prospektach i kartkach pocztowych dotyczących Morawskiego Krasu. Kilka fotek i napieramy dalej.
W większości korytarza poziom wody był tak trochę powyżej kolan, czasami niewiele poniżej jajek (przynajmniej moich), ale były miejsca głębsze. Na tych odcinkach powieszone były stalowe liny, po których można było swobodnie przejść. Niczym jak w cyrku bo slackline to to nie jest na pewno. Doszliśmy do syfonu, więc trzeba się wrócić aby znaleźć ciasne obejście chodba vzdechu". Dalej już bez dużego entuzjazmu przechodzimy przez Rudicky dom" i wyglądamy Niżne, aby z czystym sumieniem móc zawrócić. Nikomu już nie chciało się włóczyć po tym ścieku: proszek ariel, czy omo, coraz dawał znać swoją wonią.
Wracając ustawiliśmy się jeszcze na mała sesyjkę. Po kilku zdjęciach zaczęły się wygłupy, napisy, ćwiczenie liter, jak w przedszkolu. Generalnie trzeba wychodzić na powierzchnię, do Tumperka na jedzenie. Powrót był bardzo szybki. Szkoda że w przeciwną stronę zmarnowaliśmy tyle czasu na pieprzenie się, aby nie zamoczyć kaloszków. W jednym miejscu zagadany z naszym Zbyszkiem Grzelą instruktorem PZA, wchodzę w miejsce które było głębsze... i prawie zamaczam jajka. Oj nie wiele brakowało, a musiałbym pościć ho ho..
Po wyjściu z dziury zdjęliśmy tylko kaski i uprzęże i w całym jaskiniowym rynsztunku, bez ceregieli idziemy na bazę. Szybkie płukanie wszystkich rzeczy, prysznic, aby nic nie zaszkodziło, nie wżarło się, nie obumarło. Tak się zastanawiałem nad składem chemicznym tej cieczy z jaskini. Nie jestem biegły z chemii, lecz daje głowę że wzory związków znajdujące się tam w wodzie zajęłyby wiele, wiele stron, a do tego pewnie można je znaleźć gdzieś na WWW z listą substancji szkodliwych.
Usadowiłem dupę w knajpie i oczekuję na porcję smażonego sera. Dookoła mnóstwo czechów, no w końcu to ich kraj jakby nie było. Krótka charakterystyka tego co się dzieje w środku: jako, że to bar, taka nasza "mordownia" tylko, że jeść dają to stężenie tytoniu chyba kilku bądź kilkunastokrotnie przekracza jakąkolwiek normę, nawet rosyjską. Do tego Zbychu, Seba, Robert jeszcze dodają do pieca. Masakra, Oczki mam takie małe, że chińczyk przy mnie to nic. Ale wracając do autochtonów, generalnie "dywanik z włosów" z tyłu dobra, chyba modna rzecz, popijają piwko jedno za drugim z pianką nawet na 3 palce, no i grają. Oj grają cały czas w karty, łupią aż miło, a do tego bardzo się emocjonują wynikiem każdej partii. Przychodzą do baru faceci, kobiety, osobno, parami, całymi grupami, aby miło spędzić czas, a nie tylko żeby się nawalić, aby zapomnieć o złych rzeczach dziejących się w domu. Nie boją się o to, że przepiją całą pensję, lub mocno nadwyrężą rodzinny budżet. Inna mentalność, inne zarobki. Bardzo swojsko... oj podali jedzenie. No to jest to po co warto przyjeżdżać do tego fajnego kraju, nie dość, że tanio to jeszcze dobrze.
Impreza trwa, rozmowy o niczym i o wszystkim. W międzyczasie info od Konia, że o 20:30 zdołali wyjechać z Wrocławia, niezły czas, niestety będą nas budzić w nocy...





