![]() |
Dzień: [I] [II] [III] [IV] [V]
Dzień IV. Amatérská Jeskyně, 11.11.2006
Kolejny okropny poranek i najtrudniejsze zadanie do wykonania, czyli zwlec się z łóżka. Plan był generalnie prosty, z resztą jak zawsze: mamy dojechać do miasteczka Sloup, a dokładniej na parking koło restauracji Brousek. No tak, wydaje się, że to banalna czynność, lecz nie w naszym gronie. Już w samych Rudicach, Zbychu gdzieś się zagubił, i po telefonie już wszyscy grzecznie zameldowali się na miejscu. Teraz tylko oczekiwanie na Zdeněk Motyčka, który miał być naszym dzisiejszym przewodnikiem.
Czekamy na naszego Guida, i obserwujemy grupę czechów, którzy zaparkowali swoje wehikuły po przeciwnej stronie drogi i przebierają się w kombajny. No tak, "nasi" pomyślał sobie każdy, a może nie każdy? Przepakowaliśmy samochody i też zakładaliśmy kombinezony na siebie.
W międzyczasie podjechał jakiś fajny duży terenowy samochód, wysiadł z niego "turystycznie" ubrany facet i przedstawił się Zdeněk. Teraz już było wszytsko jasne. Idziemy 100 metrów dalej, jakaś mała drewniana budka i obok niej właz do trzeciego otworu Amatérská Jeskyně.
Generalnie znowu złazimy jakieś 80 metrów po drabinach i znajdujemy się na spongu. Zdenek co jakiś czas opowiada o kolejnych częściach odkrytych 4-5 lat temu nowych odcinkach jaskini. Są to partie znajdujące się za 4 syfonami.
Najpierw poszliśmy do IV syfonu, krótka historyjka, jak to było przy nurkowaniu, jak wygląda mniej więcej zalany odcinek. Dalej pokazuje nam obejście II i III syfonu, abyśmy mogli zobaczyć więcej korytarzy. Przyjemnie, dowiadujemy się historii itd., lecz jakoś tak bez ogromnych nacieków, dużo błota, korytarze obszerne.

Po 3 godz wyszliśmy na zewnątrz, czyli dosyć króciutka ta wycieczka. Szybkie przebranie ciuszków i napieramy do najbliższej restauracji na jedzonko. Ten cały Borusek był zarezerwowany, bo odbywała się jakaś weselna impreza, więc pojechaliśmy kawałek dalej.
Po najedzeniu się do syta wracamy na bazę i rozpoczynamy standardową imprezę, z rozmowami o głupotach. Gdyby ten tekst pisał Zbychu, instruktor PZA to pewnie by poruszył dosyć szczegółowo swoje filozoficzno-polityczno-klubowo-pierdolowo-wspomnieniowe wywody, a tak ja pozostawię to bez komentarza. Tak czy tak są gdzieś dostępne audio-wizualne dowody tego wieczoru.
Oczekujemy na Spidera, aby przedstawił nam możliwości na ostatni dzień naszego pobytu, oraz wręczamy mały prezencik od Polonii - Żubrówka, aby móc zrewanżować się za ofiarowaną opiekę i pomoc.

Niezmordowane kalambury pojawiły się już gdzieś koło północy i tak, będąc w wygrywającej ekipie, znudzony ciągłym wygrywaniem, poszedłem położyć moje zmęczone kości na mięciutkie, może nawet za bardzo łóżko. Jutro trzeba wstać.





