![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]
Dzień 23. Bangkok: Wat Benjamabophit, Wat Arun
Tym razem dzień zaczął się bardzo wcześnie tzn. dużo przed 6:00. Musiałem wstać tak wcześnie, aby załapać się na autobus do okolic Wat Benjamabophit. Jest to świątynia, w której zamieszkują mnisi. W odróżnieniu od innych, którzy wychodzą o poranku na miasto, aby zebrać jałmużnę, ci czekają u bram swojej świątyni na ludzi, którzy przyjeżdżają, aby im ofiarować daninę: jedzenie, picie.


Udało mi się dojechać w okolicach 6:30, czyli mniej więcej w środku całego wydarzenia. Wygląda to tak, że podjeżdża samochód, wychodzi z niego kobieta lub mężczyzna, wtedy już ustawia się sznurek mnichów ze swoimi miskami i oczekuje daniny. Osoba obdarowująca ściąga buty, klęka przed pierwszym w kolejce, przez chwilę chyba modli się i zaczyna obdarowywanie kolejnych mnichów. Czasami ludzie przyjeżdżają z jednym podarunkiem, czasami z wieloma, a czasami z całymi skrzyniami, że muszą używać wózków, aby dostarczyć to do watu. Pewnie wszystko zależy od majętności osoby, lecz wg religii buddyjskiej każdy powinien dawać jałmużnę mnichom, aby mógł być zbawionym.


Gdy przygotowana ilość darów zostaje wyczerpana, wtedy osoba klęka przed mnichem i znowu chyba modli się, po czym zakłada buty i odjeżdża. Nie widziałem, aby mnisi błogosławili za dary lub coś w tym stylu, lekkie skinienie głowy i tyle. Oczywiście wszystkie podarunki wkładane są do mis trzymanych przez mnichów. Gdy micha jest już pełna mnich idzie na teren świątynny, opróżnia i wraca po kolejne dary.




Cały obrzęd trwa około 1,5 godziny: przyjeżdżają ludzi samochodami, rowerami, motorami, przychodzą na pieszo. Praktycznie zaraz obok tego parkingu były także 2 rodziny, z małymi dziećmi, które trzymały w reklamówkach różne stworzenia: ryby, robaki, ślimaki, żółwie. W religii buddyjskiej chodzi o pomoc drugiemu, nie tylko człowiekowi, więc np. wypuszczenie na wolność uwięzionego zwierzęcia pomaga w zbawieniu. Na ulicach Tajlandii bardzo często można zobaczyć kobiety, które mają w klatkach gołębie, aby móc je wypuścić na wolność oczywiście na szczęście. Dlatego rodziny te próbowały zaproponować również taką formę pomocy dla ludzi, którzy przyjeżdżali z jałmużną. Jedna pani po obdarowaniu kilkunastu mnichów wypuściła na wolność do rzeki torbę ślimaków, ryby oraz kilka żółwi. Ofiarowała za to jednej z matek dzieci 500THB, co na warunki w Tajlandii jest całkiem sporą sumą. Jak widać, nie trzeba żebrać, a Tajowie potrafią znaleźć sposób na zarobienie pieniędzy dla rodziny. Po odjechaniu pani głowa rodziny (mąż) oczywiście od razu złapał żółwie, zapakował do torebki i oczekiwali kolejnego darczyńcy.



Po południu wybraliśmy się, aby zobaczyć już chyba ostatnią świątynię na tym wyjeździe, a mianowicie Wat Arun. Został on wybudowany po przeciwnej stronie rzeki, zatem kupiliśmy bilety na prom wodny (20THB/os) i popłynęliśmy do świątyni. Wstęp to 30THB/os. Budowla, jak pisze przewodnik symbolizuje górę, Meru, czyli siedzibę bogów w mitologii khmerskiej.



Powiem tylko tyle, że wejście na nią jest bardzo strome, a z góry rozpościera się ładny widok na rzekę, Wat Po i okolice. Cała budowla ozdobiona jest dużą ilością figurek zwierząt oraz ściany przyozdobione są kolorowymi szkiełkami i kafelkami. Bardzo ciekawe miejsce. Niedaleko tego miejsca znajduje się oczywiście bazar, na którym kupiliśmy ładną narzutę na łóżko. Targowanie trwało chyba 15 minut, ale zbiliśmy cenę prawie dwukrotnie.


Wieczorem chcieliśmy udać się na walki muay thai, lecz w informacji powiedzieli nam ze trzeba kupić bilet na cały wieczór, czyli ponad 10 walk za 3000THB/os za miejsca niedaleko ringu. Doszliśmy do wniosku, że chyba jednak nie warto, tym bardziej ze nie mieliśmy tylu pieniędzy. Wybraliśmy się, zatem na ostatnie zakupy pamiątek na Khao San i posiedzieliśmy na ulicy, próbując zapamiętać zapachy i panujący tam klimat.






-nowości



