Tajlandia 2007

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]

Dzień 5. Sukhothai - zwiedzanie Historycznego Parku Sukhothai

Pobudka o 8:00. Szybka organizacja, co potrzeba ze sobą zabrać a co nie i na śniadanko. Dzisiaj serwujemy sobie tosty z dżemem oraz domowej roboty jogurt z owocami. Część z nich udało nam się nawet zidentyfikować: banan, ananas, pitaja, czyli coś podobnego do liczi, oraz dragon fruit (ciemno fioletowy oraz biały).

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Aby dostać się do parku można wynająć tuk-tuk, skuter, rower lub jeszcze coś innego, lecz my postanowiliśmy pojechać tak jak tubylcy, czyli songthaewy (10THB/os).

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Na początku chcieliśmy zaatakować teren na nogach, więc dzielnie kroczymy do kasy biletowej, a tu nas wszyscy mijają na 2 kółkach. Zawróciliśmy do wypożyczalni rowerów i wzięliśmy 2 jednoślady (20THB/rower na cały dzień, czyli na maxa śmieszne pieniądze). Wstęp do parku to 40THB/os + 10THB za rower. Ależ oni potrafią wymyślić sobie na czym tu zarobić.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

W przewodniku jest szczegółowa mapka, więc na podstawie jej pedałowaliśmy do największego kompleksu ruin. Generalnie park obejmuje kilkadziesiąt hektarów, z czego najfajniejsza część to centralna, bo w niej znajduje się najwięcej i najlepiej zachowane budowle. W innych częściach ogląda się same, kamole, więc chyba nie warto tam jechać.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Spędziliśmy tutaj prawie cały dzień przemieszczając się z jednego miejsca na drugie. Słońce czasami za chmurami, czasami wychodziło zza nich, więc pogoda na foty taka sobie, a do tego jak zwykle cholernie gorąco.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Spotkaliśmy też dużo tutejszych, którzy oczywiście w ubraniu brodzili po szyję w sadzawkach zbierając ślimaki - pewnie jakiś przysmak. Wygląda to trochę śmiesznie, ponieważ z wody wystaje tylko słomiankowy kapelusz oraz wiaderko powoli zapełniające się ślimakami.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Po całym dniu zwiedzania człowiek zgłodniał, rzecz jasna. Postanowiliśmy, że zjemy na ulicy, a nie w restauracji, więc zaraz obok parku znaleźliśmy pierwszą z brzegu mocno obleganą przez tutejszych budkę z jedzeniem. Aga zamówiła pad thai, czyli makaron z warzywami, a ja ryż z kurczakiem i warzywami, a do picia shake bananowy -> wszystko świeże, pyszne oraz co najważniejsze tanie -> 60THB za całość.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Wracając z parku, po drodze wstąpilismy do miejscowej szkoły, gdzie dzieci miały przedstawienie o tematyce bezpieczeństwa na drodze.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Korzystając, że jeszcze mamy rowery pojechaliśmy na tutejszy targ, na którym wreszcie mogliśmy kupić dziwnie wyglądające owoce: dragon fruit, pitaja, rambutan i takie żółtawo-brązowe kulki wielkości małych śliwek, uczepione na gałązkach -> całość 20THB. Można było jeszcze kupić suszone ryby, lecz tak śmierdziało, że zdecydowaliśmy nie próbować takich rarytasów. Powrót do guest house znowu songthaewy. A to może jeszcze słowo o tym jak tym się jeździ. Generalnie żadna filozofia, człowiek staje na poboczu i jak widzi taki rozwalający się samochód z dużą paką, często przystosowaną do przewozu ludzi (kilka desek jako siedzenia) to trzeba machnąć ręką i już jedziemy. Płaci się najczęściej przy wysiadaniu.

Tajlandia 2007 łukasz kęda kędzierski

Po zobaczeniu swojego odbicia w lustrze okazuje się, że słońce jednak ostro smażyło i wyglądamy jak "fizole", czyli opaleni wszędzie gdzie nie było ubrania, karczycho, ramiona nogi. Wieczorem udaliśmy się na kolację na nocny bazar. Poszliśmy z poznanymi Francuzkami (są po medycynie i robią specjalizację, lekarz pediatra, jaki ten świat mały) gdyż obiecywały, że znalazły fajne miejsce z dobrym jedzeniem. Aga miała jak zwykle pad thai a ja chiński makaron z warzywami. Wszystko pyszne i dobre (25THB/os).

Poprzedni dzień Następny dzień