![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]
Dzień 7. Chang Mai: I-wszy dzień trekkingu
Pobudka 7:00, dopakowanie plecaka, mysie ząbków i marsz na śniadanko. Wczorajszym wieczorem zdeponowaliśmy wszystkie nasze dokumenty i pieniądze, jakie ze sobą mieliśmy, zostawiając 500THB na drobne wydatki.
Teraz czas na śniadania, które zamówiliśmy także wczoraj. Nikt nam nie powiedział, że trzeba sobie samemu zrobić herbatę i kawę, no i jeszcze grzanki. Jakoś tak dziwni siedzieliśmy i czekaliśmy na jedzonko a tu nic... Trudno.
Przyjechał po nas samochód toyota, taka z napędem 4x4. Zapakowaliśmy nasze graty na dach i ruszyliśmy. Najpierw trzeba odwiedzić miejscowy posterunek policji turystycznej (podobno to rzadkość, są to wolontariusze z różnych stron świata, mówiący po angielsku, aby turysta czuł się w Tajlandii możliwie najbezpieczniej) i po jakiś 90 minutach zatrzymaliśmy się na targu. Tutaj nasz przewodnik i kierowca zrobili zakupy żywieniowe na cały nasz trekking. My w tym czasie krzątaliśmy się pomiędzy stoiskami. Wszystko wyglądało bardzo "inaczej" niż u nas. Owoce, jakich nigdy nie widziałem, mnóstwo papryczek chili, śmierdzące ryby, no i wieprzowina, leżąca na gazetach a nad tym wirowały jakieś stare i brudne woreczki foliowe, aby rozgonić wszędobylskie muchy.


Kolejne kilkadziesiąt minut spędzone w samochodzie, aż dojechaliśmy do takiego zamkniętego terenu, w którym czekały na nas słonie. No tak to był jeden z głównych naszych celów przybywając do Tajlandii.

Byliśmy grupą 10 osobową, więc przygotowali dla nas 5 pięknych, czystych i pachnących słoni. Do każdego z nich był przewodnik, tzn. taki chłopak około 15 lat, który był driverem. Słonik pochylił głowę, opuszczając trąbę na ziemię, driver stawał na niej, a wtedy zwierze podniosło go i włożyło na swoją głowę. Nie musieliśmy wchodzić na słonia tą samą drogą. Wsiadaliśmy na zwierzę korzystając ze specjalnej konstrukcji do tego przeznaczonej.
Ktoś kiedyś mówił, że na słoniu strasznie trzęsie i to prawda. Trzeba się trzymać siedzenia. Przejażdżka trwała ponad godzinę i nie prowadziła zwykłą drogą czy prostą trasą, prowadziła górską, stromą ścieżką, przez potoki aż do wodospadu. Piękna sceneria dżungli, a my na słoniach. Po prostu trzeba to przeżyć.



Pełni wrażeń wsiadamy do naszego samochodu i jedziemy, aby zobaczyć jakąś jaskinię. W międzyczasie posiłek, nic szczególnego ryż z mięsem i warzywami, ale dobry. Jaskinia taka sobie, było w niej trochę dużych pająków, nietoperzy, drobne nacieki, do tego mała. Generalnie nic szczególnego, lecz pozostała część ekipy była bardzo zafascynowana: no cóż nie widzieli fajnych naciekowych jaskiń na Słowenii, Morawach czy na półwyspie Krymskim.
Dalej pojechaliśmy na miejsce skąd wyruszymy w drogę w stronę wioski plemienia Karen. Zakładamy plecaki i zaczynamy wędrówkę. Ma to być tylko 3 godzinny spacer. Zaczęło trochę kropić, lecz przy temperaturze ponad 30 stopni to raczej przyjemność. Idziemy jakimiś gliniastymi drogami, później ścieżkami, aż dochodzimy do pól ryżowych. Pora deszczowa to czas, w którym dojrzewa ryż i wszystko dookoła emanuje piękną żywą zielenią.

Nasz przewodnik Dad po drodze opowiadał o tych terenach, pokazywał różnorakie owoce i różne drzewa, z których pozyskuje się barwniki, niektóre miesza się z tytoniem i pali zawinięte w liście bananowca.


Kolejny etap wędrówki przebiegał przez dżunglę. Trochę inaczej ją sobie wyobrażałem, spodziewałem się bardziej czegoś takiego jak na filmach z dżungli amazońskiej czy afrykańskiej. Tutaj natomiast wyglądała jak taki nasz las, lecz z innym wystrojem, było mnóstwo dziwnych drzew, lian, bambusów itd., lecz troszkę się zawiodłem. W trakcie musieliśmy pokonywać prowizoryczne mostki, kładki, przechodzić po konarach drzew oraz w wielu miejscach brodzić w wodzie, co było ciekawym urozmaiceniem. Na przystankach każdy dokładnie sprawdzał, czy aby żadna leech, nie przyczepiła się gdzieś w najmniej spodziewane miejsce. Dużo tego stworzenia znajduje się na ziemi, i są bardzo sprytne, aby wessać się w twoją krew.
Czym bliżej wioski, tym więcej drogi pokonywaliśmy w strumieniach. No, ale koniec końców doszliśmy na miejsce.
Wioska nie była duża, kilkanaście bambusowych chat pośrodku dżungli. Nasza znajdowała się trochę na uboczu, kilkadziesiąt metrów w górę wzniesienia. Było to jedno pomieszczenie z łóżkami i moskitierami, na około 15 osób, obok znajdowała się woda płynąca z rury, gdzie można było odświeżyć się troszeczkę. Teraz nastąpiło jeszcze jedno sprawdzenie, czy aby gdzieś krwiopijne pijawki nie tkwią w jakimś ciele (Aga miała jedną) i oczekiwanie na jedzenie. Oczywiście przywitała nas grupka tutejszych dzieciaków. Na początku troszkę wstydliwie, ale bardzo zaciekawieni, kto to przyszedł i co tu będą robić. Dzieci były poubierane, można powiedzieć po europejsku, czyli koszulki, spodnie sukienki, jakie można kupić na każdym bazarze.

Jako, że słońce już dawno schowało się za horyzontem, to odpaliliśmy świeczki, a Dad serwował kolacje: kurczak curry, ryż, jakieś warzywa z kurczakiem, sałatka chili i do przekąszenia takie dziwne chrupki, ale bardzo dobre i ilość odpowiednia. Każdy najadł się do syta.
Po kolacji przyszły starsze panie ubrane w tradycyjne plemienne stroje z rękodzielnictwem, które można było sobie kupić: szaliki, koraliki, naszyjniki, bransoletki, torebeczki itd. Później jeden z gospodarzy domu zaprosił nas do swojej chaty na zieloną herbatę.

Typowe zabudowanie w tej wiosce wyglądało tak, że jest jedna chata, która podzielona jest na dwie części: pomieszczenie z paleniskiem i drugie dla gości. Całą chata jest zbudowana na palach, mniej więcej o wysokości metra, gdyż pod podłogą, co bardziej zamożni mieli jakieś zwierze: dziką świnię, czasami bawoła.

Pomieszczenie z paleniskiem służy praktycznie do wszystkiego, jedzenie, spanie, gotowanie to centrum spotkań tamtejszej ludności. Na palenisku był już nastawiony duży, okopcony czajnik z prawdziwą zieloną herbatą, która została nam podana w kubeczkach zrobionych z bambusa. I jak przewodnik mówił, rzeczywiście smakowała całkowicie inaczej niż ta zielona herbata, którą można kupić w markecie.

Teraz zaczęło się milion pytań, do, czyli kto miał ochotę o coś zapytać to pytanie kierował do Dada po angielsku, on tłumaczył to na język plemienia, dostawał odpowiedź, którą z kolei tłumaczył na angielski. I tak spędziliśmy ładnych kilka godzin dowiadując się o większości ważnych obyczajach danej wioski: od narodzi praktycznie aż do śmierci. Można by długo opowiadać o ich zwyczajach:
- urodziny, nie obchodzą urodzin, nie dostają prezentów na 18, generalnie nawet nie wiedzą, kiedy dokładnie przypadają one, wiedzą ile mają lat i tyle
- w wiosce jest ktoś taki jak wódz, czyli osoba zarządzająca wioską, dany tytuł jest przenoszony z pokolenia na pokolenie, on jest najważniejszy i najczęściej jest wyrocznią sporów, kłótni, waśni,
- szaman, osoba znająca się na ziołach, coś w rodzaju lekarza, gdyż oni nie korzystają z lekarzy w mieście, ani z miastowych leków, on jest odpowiedzialny za leczenie i uzdrawianie,
- wesele to duża impreza, gdzie cała wioska, a właściwie całe wioski świętują kilka dni, młode małżeństwo po weselu mieszka przez min 3 lata z rodzicami panny młodej, a dopiero później mogą wybudować swoją własną chatę, w tej lub w innej wiosce.

Zbliżyła się godzina 23:00, czyli normalny czas pójścia spać we wiosce, zatem my też udaliśmy się na spoczynek do naszej bambusowej chatki.
Każdy miał matę bambusową do tego koc i śpiwór oraz moskitierę. Fajny klimat. Z tego, co orientowaliśmy się poszukując agencji organizującej tego rodzaju trekking to tylko Eagle GuestHouse oferowali spanie we wiosce plemienia, co jest na pewno rewelacyjnym rozwiązaniem. Człowiek siedział w tej chacie i chłonął wszystko to, co widział, czuł, smakował, słuchał, doświadczał. Dzięki temu spotkaniu mogliśmy doświadczyć namiastkę tego, co czują podróżnicy, którzy zaszywają się gdzieś setki kilometrów do amazońskiej czy afrykańskiej dżungli, aby poznać i zobaczyć kultury plemion, które nie są skażone ingerencją białego człowieka. Zaraz ktoś powie to tak jak górale, aby zarobić przebierają się w tradycyjne stroje i idą do turystów, lecz tutaj nie ma się takiego wrażenia, wszystko wygląda tak autentycznie tak prawdziwo. Podobno w krajach sąsiednich tzn. Birma, Laos Kambodża tam to jest jeszcze lepiej dostrzegalne, taka naturalna odmienność, a nie przebierańce, bo turysta przyjechał, lecz to, czego doświadczyliśmy tutaj było także prawdziwe, a jeżeli jestem w błędzie, to nie chce, aby mnie ktoś uświadomił.

-nowości



