![]() |
[prolog] [Polischellu] [Purcaraccia] [Vacca] [Fiumicelli] [Macini] [Sulleoni] [Dardu] [epilog]
Dzień 4. Kanion Ruisseau de Fiumicelli, 10.06.2008
Wiesiek bardzo zachwalał ten kanion. Podobno przepiękny, nie wymaga użycia sprzętu, zatem na lekko no i pokonując go przechodzi się obok dziwnej naturalnej maczugi skalnej, która upiększa chyba każdy przewodnik po kanionach Korsyki.
|
Pokaż 2008 Korsyka na większej mapie |
Standardowo jedziemy drogą D268 i zostawiamy jeden z samochodów na bardzo charakterystycznym prawie 180 stopni zakręcie, gdzie drogę przecina rzeka. Jest tam taki podłużny parking. Teraz już cała ekipa załadowana do Navary jedziemy dalej do kolejnego miejsca, ruina budynku na zakręcie. Jest to miejsce gdzie zaczyna się droga do kanionu.
![]() |
![]() |
Idziemy mocno wydreptaną ścieżka przez las. Mijamy po drodze kilka wraków samochodów już dosyć mocno zarośniętych. Korsykanie chyba mają taką tradycję, że gdy już nie chcą używać samochodu lub, gdy się zepsuje i nie ma sensu naprawy to porzucają swoje auta w lesie, gdzie natura z nimi zrobi, co będzie chciała. Dochodzimy do wody i standardowo: jedzonko, słodkie, fajeczki, przebieranie się i zaczynamy zabawę.
Tak piszę ciągle o tych fajeczkach. Janusz, Adaś i ja nie palimy, więc nas to nie dotyczyło, lecz z reszta ekipy było dosyć śmiesznie. Wszyscy jechali z założeniem rzucenia palenia. Stahoo bardzo pomagał Sebie wypalić ostatnia paczkę, później Wiesiek Gośce itd. Misterny plan by się udał, gdyby nie fakt, że Gocha nie chciała wcale rzucać, więc kupiła kolejna paczkę, więc już teraz wszyscy jej pomagali wypalić ją i tak w nieskończoność, aż każdy zrozumiał, że tak to się nie uda, więc projekt rzucenia palenia okazał się kompletna klęską. Jaki to okropny nałóg.
![]() |
![]() |
![]() |
Cały kanion to wiele pławienia się w wodzie i kilka fajnych skoków. Woda oczywiście krystalicznie czysta, Janusz wziął maskę i fajkę, zatem opowiadał cały czas, jakie to wielkie ryby widział. Pogoda rewelacyjna, słoneczko świeci, czyli po prostu jeden wielki relaks.
Wracamy na kamping ładujemy wszystkie graty do samochodów i jedziemy nad morze. Po drodze chcemy gdzieś coś zjeść, zatem zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji. Wygląda całkiem przyjemnie ładny wystrój, więc zadowoleni podążamy do niej, a pani kelnerka mówi ze otwarte będzie od 18:00 a jest dopiero 17:00. No tak nie ma nic gorszego jak głodny polak. Po drugiej stronie drogi jest jeszcze jedna restauracja, lecz ta nie wyglądała zbyt okazale. Mówi się trudno. Jemy tutaj.
![]() |
![]() |
Okazało się to strzałem w 10. Obsługa dosyć miła, ale za to jedzenie po prostu wyborne i do tego takie ilości, że ledwo daliśmy radę zjeść wszystko.
Zbliża się już powoli do zachodu słońca, zatem odwiedzamy tylko po drodze kamping Marina d'Erba Rossa w Ghisonaccia, gdzie kiedyś Wiesiek korzystał z ich usług. Nie zamierzamy w nim spać, lecz trzeba kupić zapas fajek. Przy kampingu jest takie mini ZOO: strusie, dzikie świnie, kangury, pawie i inne zwierzątka. Bardzo miło.
![]() |
![]() |
Jedziemy nad samo morze jakimiś wertepami, ale skoro mamy samochody 4x4 to nie jest to dla nas problem. Wiesiek trochę się zasmucił jak wredne gałęzie przerysowały troszkę lakier. Miejsce wyśmienite.
Jutro cześć ekipy tzn. Seba, Stahoo, Adaś, Janusz i ja idziemy do kanionu Macini, a reszta ma dzień restowy.

-nowości












