![]() |
[prolog] [Polischellu] [Purcaraccia] [Vacca] [Fiumicelli] [Macini] [Sulleoni] [Dardu] [epilog]
Dzień 6. Kanion Ruisseau de I Sulleoni, 12.06.2008
Plan na dzisiaj jest prosty, acz treściwy. Wysoko oceniany kanion Sulleoni: atrakcyjność 3.6/4 oraz wycena trudności też niczego sobie, bo v5, a2, ogólnie IV. Ekipa mała, bo tylko Seba, Stahoo i ja. Ładujemy cały niezbędny szpej i jesteśmy gotowi do wyjazdu.
|
Wyświetl większą mapę |
Logistycznie ten kanion jest dosyć trudny, bo wymaga 2 samochodów. Jadąc z Piany drogą D81 mijamy Bocca di San Martino i tuż przed rzeką Cario zostawiamy jeden z samochodów. Wiesiek wiezie nas drugim samochodem dalej aż będzie skręt w lewo w szutrowa drogę prowadzącą przez Marzone do Revinda. Jest to wioska składająca się z 2-3 domów i kościoła. Tutaj kończymy samochodową trasę.
Poszliśmy dalej już na nogach, taką wytłuczoną drogą prowadzącą do jakiegoś gospodarstwa w lesie i generalnie oddalając się od kościoła. Oczywiście to był zły kierunek. Dzięki uważności Stacha zawróciliśmy.
![]() |
![]() |
![]() |
Teraz już wiemy, że przy samym kościele jest brama, przez którą należy przejść i kontynuować ścieżką przez pastwiska. Podobno (wg przewodnika) na jakieś 200 metrów przed końcem tej ścieżki należy skręcić w lewo w jakieś krzaki, które doprowadzą do pierwszej kaskady.
My jak to my znowu pobłądziliśmy. Poszliśmy chyba za daleko mijając po drodze ule z pszczołami aż doszliśmy do ogrodzeń z drutu kolczastego. No nic wiemy, że musimy zacząć schodzić. Przedzieramy się przez jakieś chaszcze, krzewy niby wydreptanymi ścieżkami. Wydaje się, że każda ścieżynka jest wyryta przez pasące się tu świnie, a my dajemy nabrać się jak dzieci. Koniec końców po chyba ponad godzinie dochodzimy do rzeki, cali poobdzieranie przez gałęzie. Gorąco jak cholera.
![]() |
![]() |
![]() |
Po przebraniu zaczynamy. Jesteśmy tylko 3 osobowym zespołem, zatem wszystko idzie bardzo sprawnie i szybko: Stahoo poręczuje, ja robie zdjęcia, Seba deporęczuje. Pierwsze kilku metrowe kaskady są bardzo przyjemne. Słoneczko świeci wszystko idzie jak spłatka.
Dochodzimy do głównej atrakcji, czyli 65 metrowej kaskady, która widać z dogi gdzie zostawiliśmy samochód. Pierwszy jedzie Stahoo i dopiero po długim czasie słyszymy gwizd, znak, że mogę zjeżdżać. Sam zjazd jest orograficznie po prawej stronie. Jedzie się z boku wody, do małego jeziorka. Na dole unosi się w powietrzu piękna tęcza. Widoki, atrakcyjność zjazdu, piękna sceneria kaskady wszystko to składa się na niesamowitość miejsca i wysokie oceny atrakcyjności.
Koło Stacha jest małe bajorko, w którym leżą zwłoki małej dzikiej świni, pewnie spadła. Po zjeździe Seby ściągamy linę, pamiątkowe zdjęcie i idziemy dalej. Przed nami jeszcze kilka zjazdów, lecz nie tak atrakcyjnych ja ta wielka kaskada.
![]() |
![]() |
Trudności się skończyły, teren wypłaszczył, co wskazywałoby na koniec kanionu, a my mamy problem, bo nie możemy znowu znaleźć drogi powrotnej. Jakaś masakra. Rzeka płynie w kilku metrowej szerokości korycie a dookoła chaszcze, gęstwina krzaków, drzew i innych zarośli. Nie sposób nic znaleźć. Próbujemy się przedzierać przez tą dżungle, lecz bez rezultatu. Jak znajdziemy jakąś wąziutką ścieżynkę, to zaraz gdzieś się kończy w krzakach. Zarośla są tak gęste, że nie sposób się przez nie przedzierać. Trzeba by mieć maczetę i drogę po prostu wykarczować. Wiemy, że zakosy drogi powrotnej, którą przecież widzieliśmy z progu wielkiej kaskady gdzieś tutaj musza być.
Postanowiliśmy rozebrać się z tych cholernych pianek i teraz w kąpielówkach i z worem na plecach kontynuujemy poszukiwanie drogi powrotu. Zaczyna robić się nie przyjemnie, bo słońce zaszło za grań i za trochę będzie po zachodzie słońca.
![]() |
![]() |
W końcu udaje się znajdujemy ścieżkę, gdzieś koło starej porzuconej wanny. Kurde przecież tą wannę już widziałem z daleka, lecz z tamtej strony nie sposób było się do niej przedostać. Widocznie jest to pozostałość z małej chatki, która jest nieopodal. Ktoś tu chyba miał taka małą działkę, lecz stan wszystkiego dookoła wskazuje na to, że dawno nikt tu nie był.
Teraz już spokojni, że trafimy do samochodu podchodzimy po mocno zarośniętej szutrówce ostro pod górę. Ktoś kiedyś musiał się strasznie napracować, aby przygotować tą drogę, a teraz zaniedbana jest powoli wchłaniana przez busz. Jeszcze kilka lat i nie będzie po niej śladu.
Wór ciąży, mokre liny ciężkie są jak cholera, do tego każdy z nas już z daleka rozpoznaje, przez które chaszcze można przejść a przez które trzeba uważać, bo mają cholernie ostre kolce.
Po około godzinie udaje nam się wyjść na asfalt w pobliżu Navary. Jest 21:00, czyli zaczyna się szarówka, jeszcze pół godziny i byłoby ciężko wrócić.
Jedziemy na kamping i dołączamy do ekipy, która ogląda mecz Polska - Niemcy w ramach Euro 2008. Niestety przegraliśmy.

-nowości













