![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]
Dzień 1. Droga do Marrakeszu
Cała zabawa zaczęła się jeszcze we Wrocławiu. Umówiliśmy się w Lisowicach, skąd mieliśmy wyruszyć do Berlina skąd mieli, a dalej przez Madryt do Marrakeszu. Gocha tym razem spóźniła się tylko pół godziny, co patrząc na jej historię to i tak nieźle. Umówiliśmy się w okolicach 2:00 w nocy 17 stycznia w Lasowicach. Lot był 9:55 z lotniska Berlin Schoenefeld.

Oba samochody zapakowane, więc nie pozostaje nic innego jak wyruszyć do Berlina, zahaczając po drodze o Legnicę, aby odebrać Wieśka z żoną. Dotarliśmy do Berlina na wcześniej zarezerwowany parking (www.airportparking-berlin.de). Panowie odwieźli nas na lotnisko i teraz tylko trzeba trochę poczekać w jednym z barów.
Odprawa minęła bardzo szybko. Siedzimy w samolocie. Miejsca może i jest troszkę mniej, do tego nie ma żadnych napoi ani przekąsek, lecz czego wymagać za 3 krotnie niższą cenę biletu niż w tradycyjnych liniach. Tak czy tak po około 3 godzinach lądujemy w Madrycie. Trzeba odebrać bagaże, znaleźć miejsce gdzie przeczekamy 5,5 godziny, gdyż następny lot mamy o 18:30.
Restauracyjka, kilka kanapek i napoi, kilka partii w karty, mijają kolejne strony przewodnika i tak upłynął czas i trzeba wsiadać do samolotu, aby po 2 godzinach wylądować na innym kontynencie, w innej kulturze, w całkowicie innych temperaturach.
Lotnisko w Marrakeszu bardzo małe, wylądował tylko nasz samolot, ludzi mało, ale oczywiście naganiacze są. Wymiana kasy w kantorze, lub wypłata z bankomatu, jak kto woli. Kurs Euro przy wymianie to: 1 EUR = 11,1 MAD (dirham marokański).
Teraz nie pozostało nic innego jak odnalezienie grand taxi, czyli takich wielkich taksówek mieszczących 6 pasażerów (4 z tyłu, 2 z przodu) + kierowca. Pierwsi, na których natknęliśmy się zarządzali niebotycznej kwoty 1500 MAD, grzecznie podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Zaczepiła nas kolejna ekipa, z którą ustaliliśmy cenę 20MAD od osoby. Pojechaliśmy 3 grand taxi w okolice Rue Bab Agonu, odpowiednika Świdnickiej we Wrocławiu prowadzącej do głównego placu w Marrakeszu czyli Dżemaa El-Fna.

Po wyjściu z taksówek kolejni ludzie zaatakowali nas. Tym razem byli to faceci, którzy mieli ze sobą takie małe wózeczki, aby powieźć plecaki. Grzecznie dziękując udaliśmy się w poszukiwanie hoteliku Essaouira. Trudna to czynność tym bardziej, że było późno a do tego byliśmy zmęczeni podróżą. Zaczepił nas facet, który chciał nam pomóc i zaprowadził do hoteliku. Oczywiście później oczekiwał od nas za to napiwku (30 MAD dla 2 osób). Hotelik zaraz przy głównej ulicy, pokoje ładne kolorowe czyste, z łazienkami z ciepłą wodą. Nie byliśmy wstanie określić czy to, aby ten hotelik, o który nam chodziło, lecz już nie chcieliśmy błąkać się dłużej w obcym mieście z plecakami, zatem wzięliśmy 3 pokoje (4 + 4 + 2). Koszt noclegu i śniadania to 110 MAD od osoby, czyli chyba nie jest tanio, ale znośnie.
Szybkie zorientowanie się w sytuacji i okazało się, że oczywiście nie jest to hotel, o którym czytaliśmy w przewodniku, lecz o podobnej nazwie Souria. Tak czasem bywa.
Zabraliśmy niezbędne rzeczy tj. aparat i kamerę i poszliśmy na plac, aby w końcu coś zjeść.
Na temat placu można by długo opowiadać. Pierwsze wrażenie: jest wielki, w powietrzu unoszą się zapachy jedzenia, na obrzeżach stoją stoiska serwujące świeżo wyciśnięte soki z pomarańczy, oraz mnóstwo przypraw, daktyli orzeszków oraz innych cudów. Centrum natomiast jest wypełnione straganami z jedzeniem. Każdy ma swój numerek i swoją grupę naganiaczy, którzy wieloma językami przekonują, aby zjeść właśnie w tym miejscu. Przeszliśmy kilkukrotnie dookoła wszystkich budek z jedzeniem i zdecydowaliśmy się na budkę nr 114, gdzie "naganiacz" mówił całkiem nieźle po polsku, do tego opowiadał o Makłowiczu i argument, że wszędzie ceny są takie same, lecz liczy się jakość i oni stawiają na JAKOŚĆ utwierdził nas w decyzji.
Jedzenie było całkiem przyzwoite: mieliśmy kus kus z warzywami, z mięsem, kalmary, szaszłyki zupę, frytki, i pewnie jeszcze coś, o czym już zapomniałem. Na koniec oczywiście herbata miętowa. Całość to koszt ok. 450MAD za jedzenie na 10 osób, więc chyba nie aż tak źle.
Po powrocie do hoteliku nakreśliliśmy plany na jutrzejszy dzień, czyli znalezienie wypożyczalni samochodów, wypożyczenie 2 samochodów, lub najlepiej jednego dużego z kierowcą i droga do doliny Dades. Z myślą o tym, co przyniesie nowy dzień wszyscy padliśmy "jak kawki".

-nowości



