Maroko 2008

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]

Dzień 10. Marrakesz - suki, powrót do Polski

Każdy wyjazd musi mieć swój ostatni dzień. Poranek to standardowo marokańskie śniadanie: bagietka, dżem, sok. Pewnie francuscy turyści ich tak przyzwyczaili i wszędzie jest serwowane właśnie to. Wątpię, aby tubylcy także jedli takie typowo europejskie śniadanie.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Jako, że jesteśmy ostatni dzień w tym wspaniałym mieście, to trzeba powłóczyć się ciasnymi uliczkami, poczuć zapach kolejnych suków, zobaczyć ludzi w ich codziennym życiu.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Zaczynamy od placu Dżemaa el-Fna. Szklaneczka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy na początek. Plac za dnia wygląda całkowicie inaczej. Nie ma straganów z jedzeniem, środek jest prawie pusty, aż zdziwiliśmy się, że może tu być tak pusto. Myśleliśmy, że może jest jakieś święto i straganów dzisiaj nie będzie. Dookoła mnóstwo ludzi handlujących, czym popadnie. Do tego grupki facetów w jalabach bębniący na wielkich bębnach, zaraz obok zaklinacze wężów nagabujący turystów w celu zrobienia sobie zdjęcia z gadem. Oczywiście nie mogło zabraknąć "sprzedawców wody", czyli faceci ubrani w specjalny, bardzo barwny, czerwony strój z bukłakiem wody pod pachą. Całość ma swój niecodzienny klimat.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Idziemy dalej a tu facet, bo stomatologiem chyba ciężko go nazwać, który ma bardzo szeroki wachlarz umiejętności oraz stertę zębów usypanych na ziemi zachęca do wizyty. Nie dzięki i przenosimy się z placu w kierunku kolejnych suk.

Wszystko jest tu zorganizowane: mamy suki z tekstyliami, wikliną, przyprawami, owocami itd. Czyli sprawa jest prosta potrzebujesz określonego asortymentu to wiesz gdzie iść. Ciężko to wszystko opisać, włóczyć można się tu godzinami i nie mieć dość - nie mówię o zakupach, lecz o panującym klimacie. Światło jest delikatnie zgaszone poprzez wiklinowe daszki nad stoiskami, ludzie emanują wrodzoną dobrocią, dookoła unoszą się zapachy przypraw wymieszane z wonią nadpsutego mięsa.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Ciężko było znaleźć, lecz w końcu udało nam się dotrzeć do suku aptekarskiego. Można tu kupić, co najmniej wszystko, co kojarzy się z wiedźmami, czarami, kotami itd. Suszony ogon jaszczurki, kawałek nietoperza, pazur czegoś tam, suszone wołowe kości - od koloru do wyboru.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Niestety żeby załapać się na suk z wełną to trzeba mieć szczęście lub pojawić się tu bardzo wcześnie rano. Po południu nic prawie z niego nie zostało. Poszliśmy dalej aż za suki, i kręciliśmy się małymi uliczkami, gdzie nie było turystów, lecz sami tubylcy zajęci swoimi codziennymi sprawami. Pojawiły się małe uliczne stoiska, gdzie można było kupić coś do jedzenia, lecz nie takie z nagabywaczami, lecz miejsca gdzie tutejsi jedli. Wszystko wygląda bardzo ciekawie, jedynie, co przeszkadza, to w momencie, gdy podnosisz aparat do oka, ludzi zakrywają się, czasami wyzywają na ciebie. To nie to samo, co w Azji, że autochtoni lgną wręcz do obiektywu.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Nie pozostało nic innego jak zrobić drobne zakupy pamiątek do domu, zjeść obiadek w przydrożnej jadłodajni w stylu naszego baru mlecznego, iść na ostatnią zieloną herbatę do knajpki z widokiem na Dżemaa el-Fna i próbować zapamiętać z tego jak najwięcej.

Powrót do hoteliku, pakowanie gratów i trzeba jechać na lotnisko. Zaraz przy wyjściu z hoteliku znalazł się facet z wózkiem, który koniecznie chciał nam zawieźć bagaże. Nie chcieliśmy się zgodzić, lecz bardzo nalegał, ustaliliśmy cenę (30MAD - był mocno ucieszony, że aż tyle), zatem zapakowaliśmy kilka plecaków na jego wózek i pomaszerowaliśmy w okolice Kutubiji, aby znaleźć grand taxi.

Jeszcze ostatnie targowanie się o cenę przejazdu i wsiadamy w dwa samochody, czyli po 5 osób + kierowca do każdego no i nasze wielkie bagaże. Daliśmy rady!!!

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Wszyscy mieliśmy mocno wypakowane plecaki, więc z duszą na ramieniu podchodziliśmy do odprawy ważąc cały nasz dobytek. Małe podmiany bagaży, aby Janusz nie musiał dopłacać za dodatkowe kilogramy (uzbierało mu się ponad 26 kg) i oczekiwanie na samolot do Madrytu.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Po wylądowaniu czekało nas ponad 9 godzinne oczekiwanie na kolejny lot. Część ekipy pojechała do miasta, a my zostaliśmy na terminalu. Czas dłużył się strasznie. Wreszcie nastała godzina odprawy, więc coś zaczęło się dziać, pani w momencie wpuszczania nas na pokład samolotu przywitała nas w języku polskim. Jako, że wykazaliśmy duże zainteresowanie kabiną pilota pozwolili nam na chwilę wejść i zobaczyć wszystkie guziczki pokrętła i inne przyciski. Ludzi patrzyli trochę dziwnie, no, ale kto wariatowi zabroni?

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

W Berlinie aura przypomniała nam, że to styczeń i że jest zimno i pada. Pan z parkingu był punktualny. Teraz czekała nas droga do samochodu i powrót do Polski. Niestety wszystko, co dobre zawsze się kończy.

Poprzedni dzień