![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]
Dzień 4. Trekking w dolinie Todra - przejazd do rejonu Erg Chebbi
Pobudka, śniadanie (nie będę pisał, co bo już wiadomo, bez zmian). Obsługa hotelu wytłumaczyła nam dokładnie gdzie możemy iść na spacer. Zapowiadało się całkiem nieźle, zrobimy 5 godzinną pętlę.
Na początku idziemy drogą tą, co wczoraj, aby za ostatnimi namiotami, po lewej stronie wejść w ewidentną ścieżkę, która prowadzi nas powoli do góry. Temperatura wysoka, coś ponad 20 stopni, a krajobraz dookoła magiczny. Ciągną się kolejne ściany, pewnie ani trochę nieeksplorowane wspinaczkowo. Mnóstwo kilometrów wspinania, wszystko dookoła takie kolorowe, duży kontrast pomiędzy oświetlonymi ciemno pomarańczowymi ścianami, a błękitnym niebem, bez najmniejszej chmurki.
Zdobywamy kolejne metry zachwycając się widokami. To trzeba zobaczyć na własne oczy, bo nie sposób opisać tego, co nasz otacza.
Po drodze mija nas jakaś starsza pani z mułem, która schodzi gdzieś z gór z chrustem na palenisko. Ubrana w tradycyjny strój, nie pod turystów, lecz widocznie to jej codzienne ubranie. Oczywiście za zrobienie zdjęć chce pieniędzy. Jak widać turyści przyzwyczaili tutejszą ludność do otrzymywania kasę za zdjęcia? Nie to, co w Azji, że każdy ciśnie się do obiektywu, i trudno zrobić zdjęcie bez ludzi.

Kolejne metry i spotykamy kolejną tym razem młodą dziewczynę z mułem i osłem, która równie chętnie staje przed obiektywem. Idziemy dalej i z daleka wypatrzyła nas jakaś kobieta, która wypasała wraz z dzieckiem kozy. Wyczuła interes, więc czym prędzej podeszła do nas, aby "zapolować" i zarobić trochę grosza. Za pierwszym podejściem nie byliśmy zainteresowani, więc pani się obraziła i wróciła do kóz, lecz przez to, że spędziliśmy tam trochę czasu to przy kolejnym podejściu daliśmy jej zarobić.

Byliśmy na przełęczy o niewiadomej nazwie, z której udaliśmy się dalej. Po drodze zobaczyliśmy namiot wśród skał, jakieś dzieci. Zostaliśmy zaproszeni na herbatę. Z lekką obawą, bo przecież nie ma tutaj chyba nigdzie źródła wody, zasiedliśmy na kocach specjalnie dla nas wyłożonych z lepianki. Mała rodzina, kobieta i 3 dzieci, zaczęli rozpalać ogień i nastawiać czajnik.



Całe ich mieszkanko to duży namiot, 2 mniejsze, jakaś taka lodówka w skale. Mały chłopiec był początkowo bardzo nieśmiały, wstydził się nas. Starsza siostra pomagała przygotować herbatę mamie, która na plecach trzymała kolejnego ślicznego chłopczyka - herbata z marketu, mówi się trudno. Chłopczyk dostał od nas mandarynkę, od razu ją obrał i poszedł podzielić się z rodzeństwem, podobnie z batonikiem. Piękny widok.
Herbata była całkiem niezła, wypiliśmy chyba ze 3 szklanki, podziękowaliśmy, daliśmy im trochę kasy i poszliśmy dalej.
Nie wiem dokładnie gdzie doszliśmy, ale była to mała wioseczka z duża kazbą, w której normalnie mieszkali ludzie. Teraz trzeba było wrócić do hotelu, wypić soczek i w drogę. Kierunek: Erg Chebbi.


Po drodze nasz kierowca zawiózł nas do Er Rachidia, gdzie jego znajomy oprowadził nas po ładnej kazbie, aż tu daliśmy się wmanewrować w pokaz dywanów w jednej z izb. Sądziliśmy, że jesteśmy mocno uważni i że nie damy się a tu tak wyszło. Oczywiście obowiązkowa herbatka, i panowie w jalabach, ze nie musimy niczego kupić wystarczy, że pooglądamy. To fakt dywany były piękne, wzorzyste, kolorowe dobrze wykonane. Ceny pewnie były niebotyczne. Janusz bardzo chciał kupić jalabę, więc wybrał sobie jedną i teraz zaczyna się targowanie. Facet zaczyna od kwoty 2200 MAD, co jest oczywiście jakąś astronomiczną ceną. No nic trzeba ze spokojem i rozwaga podjąć walkę ze sprzedawcą. Koniec końców ubranie sprzedane za 400MAD, co i tak jest chyba dosyć wygórowaną ceną.


Po całych zakupach wsiadamy do busa i jedziemy w okolice Erg Chebbi, a dokładniej do hotelu Yasmina Hotel Merzouga. Ze zdjęć wynikało, że jest on położony bardzo malowniczo u stóp wydm oraz na brzegu słonego jeziora. Niestety w nocy niewiele widać, poza tym, że w pewnym momencie (jest drogowskaz) skręca się z asfaltowej drogi na piste, czyli szutrówkę i kolejne 15 km jedzie się z niewielką prędkością. Piasek jest wszędzie.
Hotel z zewnątrz wyglądał bardzo ładnie. Pokoje komfortowe o wysokim standardzie, duże łóżko oraz łazienka z prysznicem. Cena nie jest niska 200 lub 250MAD/os z kolacją i śniadaniem.
Mimo to zostajemy, szybki prysznic i oczekiwanie na kolacje. Musze przyznać, że posiłek całkiem niezły, lecz taki bardzo europejski: sałatka i tadżin z kurczaka.

Po kolacji oczywiście nie mogło zabraknąć muzyki. Panowie nieźle zasuwali na bębnach oraz na karkabat: jest to perkusyjny instrument wykonany z metalu, cos w stylu podwójnych kastanietów wydający charakterystyczny dźwięk. Były także tańce i śpiewy.
Uzgodniliśmy z właścicielem plan gry na jutrzejszy dzień. Próbowaliśmy dogadać się, aby pojechać na wielbłądach gdzieś daleko, lecz kosztowało to dosyć dużo, bo 850MAD/os, a biorąc pod uwagę, że tempo wielbłąda jest małe, postanowiliśmy zrezygnować z tej opcji. Wybraliśmy inna możliwość, tzn. start jutro koło 14:00 wyjeżdżamy na wielbłądach do oazy (ok. 1 godz.), tam zachód słońca, kolacja, spanie w namiotach i powrót rano na śniadanie do hotelu. Dalej wycieczka samochodami 4x4 dookoła całego Erg Chebbi (mniej więcej 4 godz.). Koszt całej imprezy to 600MAD/os, czyli nie jest aż tak źle. Niestety nie udało się stargować z ceny, facet był strasznie nieugięty.

Mustafa z kolegami gdzieś w rogu palili wodną fajkę, a my świetnie się bawiliśmy w rytm muzyki. Później wszyscy sobie poszli, a my zostaliśmy z jednym z grajków i impreza się przeciągnęła. Znowu dużo bębnienia, grania, rozmów i nauka gry na karkabat -> wcale nie jest tak trudno.

Okazało się, że facet jest muzykiem i przewodnikiem. Kupiliśmy od niego płytę. Rozmowy o wszystkim i o niczym, o kulturze Maroko, o zwyczajach itd. Dobranoc

-nowości



