![]() |
[prolog][Palvico][Nero][Vione][dzień restowy][ciolesan][Sofia][Zemola][epilog]
Dzień 1. Kanion Palvico, 12.06.2009
Mając za sobą ciężki wczorajszy dzień, pozwoliliśmy pospać sobie dosyć długo. Zwarci i gotowi wstaliśmy, śniadanko, kompletowanie sprzętu, wybranie celu i w drogę.
Dojazd:
jadąc malowniczą drogą SS240 z Riva Del Garda w stronę Storo, zatrzymujemy się w jednej z zatoczek koło mostu, z którego widać kilku metrowy wodospad . Tutaj jest miejsce startu, natomiast drugi samochód zostawiamy kilka kilometrów (3,7 km) dalej wzdłuż drogi. koło budynku elektrowni.
|
Pokaż 2009 kaniony na większej mapie |
Dojście:
Takie kaniony, to czysta przyjemność, ponieważ nie ma tu trasy dojścia ani powrotu. Schodzimy kilka metrów z drogi i przebieramy się przy samej rzece, ku uciesze napotkanych turystów. Ciekawe, co sobie myśleli: banda 7 osób przebiera się w pianki i jakieś metalowe sprzęty i bawi się w zimnej wodzie.
Schemat:
Przejście:
Zwarci i gotowi ruszamy w bardzo długi i nielubiany marche aquatic: czyli brodzenie w wodzie między strasznie śliskimi kamieniami. Na naszym pseudo planie odcinek nie wyglądał na taki, który zajmie prawie 2 godziny. Gorąco jak cholera, a my dymamy w piankach po kolana w wodzie. Jakaś masakra. Rzeka płynie przez cały czas wzdłuż drogi, więc bardzo musieliśmy się powstrzymywać, aby nie wyjść z niej i przejść ten nudny odcinek asfaltem.

Koniec końców umęczeni, dochodzimy do miejsca gdzie widzieliśmy, że szykuje się ekipa przewodników z klientami. No tak oni zaczynają tam, gdzie startują atrakcje, bez zbędnego łażenia i potykania się o kamole. Nie chcąc mieć przed sobą dużą i wolną grupę, przyśpieszamy do pierwszej atrakcji, czyli 2 metrowy tobogan.

Woda wartko spływa po wyślizganej skale do małego jeziorka. Z góry wygląda na całkiem głębokie. Zatem z czystą przyjemnością pokonujemy wodną przeszkodę. Nie ma to jak w upale zjechać skalną ślizgawką do orzeźwiającej wody.

Krzysiek, który był z nami pierwszy raz, który tyle czasu nastawiał się na kaniony, który zakupił sobie cały sprzęt przed wyjazdem miał wielkiego pecha. Nikt nie wie jak to się stało, ale na tym pierwszym toboganie, zjechał jakoś tak niefartownie, że noga wpadła mu gdzieś pod kamień i źle się przekręciła. Dalej nie trzeba nic więcej dodawać: generalnie został wykluczony z gry.
Przewodnicy grup klientów, poinformowali nas, że poniżej 2 przeszkód jest możliwość komfortowej ucieczki z kanionu (betonowe schody koło budynku elektrowni). Jako, że teraz my będziemy bardzo wolni puściliśmy ich przodem.

Następna atrakcja to wg planu 17 metrowy tobogan. Przynajmniej oni tak twierdzili, bo gdybym nie zobaczył na własne oczy w życiu bym nie uwierzył, że tu się nie zjeżdża. Prawie pionowa ściana, z bardzo silnie napierającą wodą, kończy się w jeziorku. Jak dla mnie na pewno nie wygląda na bezpieczną ślizgawkę, lecz obserwujemy co oni robią.
Przewodnik doszedł do spita wpiął się lonżą i czeka na klienta. Podchodzi nastolatka siada na dupie, on jej pokazuje jak ma trzymać ręce, liczy do trzech i "na kopa" wypycha ją w wodę. Chwila krzyku, plusk do wody i już jest na dole. Następny... kilka minut później cała grupa nowicjuszy znajdowała się za jeziorkiem. A my z wielkimi oczami stoimy i wpatrujemy się jak przewodnicy wskakują w kipiel i idą do kolejnej przeszkody. No tak to ja rozumiem.

Teraz nasza kolej, choć stojąc na krawędzi toboganu nie jestem taki pewien, że to tak trzeba zrobić. Chwila strachu, 3 głębokie oddechy i pokonują chyba najlepszy tobogan na świecie. Wynurzam się z wody nadal nie wierząc, że właśnie pokonałem prawie pionową 17 metrową "zjeżdżalnie". To było coś, szkoda, że nie można tego powtórzyć.
Kolejne osoby zjeżdżają z podobnymi do mnie obawami, czy aby na pewno, Krzyśka opuszczamy na linie i idziemy do 4 metrowego skoku. Kurde, gdybyśmy nie spotkali tej grupy klientów, to strasznie byśmy się nakombinowali jak zjechać tą przeszkodę przy użyciu liny, a tu wystarczyło 3 sekundy strachu i człowiek jest na dole. Pomyśleć, ile takich fajnych miejsc pokonaliśmy zjazdem a nie skokiem lub toboganem?
Skok bardzo przyjemny, głęboka krystalicznie czysta woda, do tego wygodna półeczka do wybicia się, idzie bardzo szybko. Tutaj Krzysiek zjeżdża o własnych siłach i na tym etapie dla niego i kilku osób kończy się kanion. Magda, Wiesiek, i Krzysiek wygodnymi schodkami wychodzą na asfalt.
Dalej to już przeszkoda za przeszkodą: zakładamy szybki zjazd na kaskadzie 10, dalej tobogan 3 i piękny 17 metrowy zjazd. Wszystko komfortowo, przy linii spadku wody. Pokonujemy kolejny 5 metrowy skok z półeczki i jeszcze jeden wg planu 7 metrowy, lecz z precyzyjnym lądowaniem, bo do dosyć ciasnego marmitu.
Dochodzimy do ostatniego przepięknego długiego na 45 metrów zjazdu. Słoneczko pięknie świeci, woda cieplutka, wodospad kilka metrów od linii zjazdu, sama przyjemność.

Ostatnia przeszkoda to 7 metrowy skok. Nie jest to naturalna formacja skalna a taka mała murowana kaskada, doskonałe miejsce do poćwiczenia skoków. No i fajnie, bo można łatwo wrócić i powtórzyć akrobację.
Wychodzimy z wody i kilka metrów dalej stoją nasze autka.
Wyjście
Kanion kończy się przy parkingu położonym przy budynku elektrowni
Gdyby nie pierwsza nudna, mało ciekawa i bardzo męcząca część, czyli marche aquatic to kanion jest wart swojej uwagi. Teraz wiemy, że nie zawsze trzeba słuchać rad książkowego przewodnika i należy zacząć kanion w miejscy gdzie startuje pierwsza przeszkoda, a mianowicie tobogan T2.
Po powrocie na kamping, szybkie jedzonko i jedziemy w do Arco do szpitala na prześwietlenie. Myślałem, że tylko w Polsce służba zdrowia jest kiepsko rozwiązana, że na zachodzie nie ma kolejek, i izba przyjęć działa dużo sprawniej. Niestety myliłem się. Przyszliśmy do okienka, tam pani nas zarejestrowała, przydzieliła zielony kolor, czyli pacjenci obsługiwanie prawie na samym końcu i teraz zaczęło się ponad 2 godzinne czekanie w kolejce do lekarza. Jakaś masakra.

Po upływie czasu, weszliśmy z Krzyśkiem do pana doktora, który wykręcił nogę w lewo i prawo i powiedział, że bez zdjęcia nic nie poradzi. Tak jakbyśmy nie wiedzieli tego wcześniej, tym bardziej, że Krzysiek to świeżo upieczony lekarz o specjalizacji Ratownictwo medyczne. Kolejne kilkanaście minut w oczekiwaniu na rentgen, później ponad pół godziny na zdjęcie. CO się okazało: noga nie jest złamana, prześwietlenie nic nie wykazało, zatem pielęgniarka, nasmarowała nogę maścią zawinęła w bandaż i na tym zakończyła się wizyta we włoskiej izbie przyjęć.

Wieczorem impreza i plany na kolejny dzień (jutro Krzysiek wraca do Polski, przyjeżdżają po niego rodzice).





