![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
X. Mandalay - miejska dżungla..., 15.XI.2009
Dojechaliśmy na miejsce coś koło 6:00 rano. Zmęczeni drogą, wysiedliśmy gdzieś na obrzeżach miasta. Teraz trzeba znaleźć tylko w miarę tani środek transportu, który zawiezie nas do Royal Guest House, już nawet nie pamiętam przez kogo polecany. Dogadujemy się z trójka Włochów, że razem zabierzemy się taksówą, jeszcze chwila na targowanie i za 5000K/taxi jedziemy.

Guest House położony niedaleko pałacu królewskiego. Pokoje nieduże, lecz bardzo czyste z wiatrakami, łazienka na korytarzu na każdym z pięter. Generalnie mamy w sumie szczęście bo właśnie zwalnia się dziś pokój i możemy tutaj zostać za 7$ za noc. Minus jest taki, że musimy poczekać trochę, aż będziemy mogli wejść do pokoju. W międzyczasie zjadamy pyszne śniadanko serwowane tutaj (1000K/os).
Szybki prysznic i czas wyruszyć w miejską dżunglę. Generalnie nie lubię dużych miast, tłoku, gwaru ulicy, zawsze musze się zaaklimatyzować, aby wsiąknąć w otaczająca mnie rzeczywistość. Nie mamy planów, zatem idąc trochę według zaproponowanej trasy z przewodnika "Downtown walking tour" podglądamy ludzi w ich codziennych czynnościach.

Żar leje się z nieba, zatem koniecznie trzeba się gdzieś schować i ugasić pragnienie. Shwe Pyi Moa Cafe to zatłoczona przez tutejszych herbaciarnia, gdzie ze smakiem można zjeść pyszne słodkości i skosztować dobrej herbaty. Nigdzie nikomu się nie spieszy, miejscowi wpadają na przekąskę, na spotkanie ze znajomymi, aby chwilę posiedzieć i poczytać gazetę.
Ustalamy sobie plan na popołudnie, że będziemy chcieli zobaczyć to co najlepszego w mandalay, lecz tylko te miejsca gdzie uda nam się wejść bez biletu, aby nie być zmuszonym do zakupienia $10 combo ticket. Jesteśmy świadomi tego, że przyjeżdżając do Myanmar w pewien sposób nasze pieniądze trafiają w ręce rządu, a przecież tego nie chcemy, zatem tam gdzie jest to możliwe, czyli np. combo ticket, świadomie rezygnujemy z wejść do miejsc w których jest on wymagany. Umawiamy się z napotkanym driverem rikszy na popołudnie.

Idąc ulicą spotykamy klatki z kurami, a obok nich przycupniętych mężczyzn którzy zajmowali się kogutami. W pierwszej chwili myślałem, że je krzywdzą, lecz to był jednak jakiś specjalny zabieg. Jeden facet przytrzymywał ptaka, drugi rozgrzewał nad płomieniem świeczki jego ostrogi po czym je ułamywał i dokładnie bandażował całe nogi. Nie wiem co to miało na celu, lecz wyglądało trochę dziwnie. Musimy pamiętać, że spacerujemy ulicami drugiego pod względem wielkości miast Myanmar - coś około miliona mieszkańców, a nie jakąś wioskową ścieżką.


Miasto posiada stosunkowo krótką historię. Źródła podają, że 13 lutego 1857 król Mindon Min postanowił stworzyć nową osadę, która stanie się stolicą państwa. Podobno miejsce nie było przypadkowe, gdyż w okolicach mandalay Hill 2400 lat temu istniała tutaj metropolia buddyzmu. Jak nakazuje birmańska tradycja stary pałac z Amarapury został rozebrany na części i przeniesiony do nowej stolicy.
Zachodzimy do Shwekyimyint Paya. Miejsce kultu ufundowane przez księcia Minshinzaw w 1167 roku. Jest o dosyć ważna buddyjska świątynia ponieważ zawiera oryginalny obraz Buddy poświęcony przez księcia.


Najważniejsze, że panuje tu niesamowita cisza ludzie modlą się, rozmawiają, spacerują.



Buddyści przychodzą do świątyń przynosząc kwiaty, ofiary, zapalają "kadzidła" oraz polewają na szczęście posąg Buddy. Jest to przyjemne miejsce aby odetchnąć od zgiełku panującego na ulicy.


Nikomu nie przeszkadza, że osoby leżą na podłodze w świątyni, czasami sobie pochrapując. Już widzę zachowanie naszych zakonnic i księży jakby spostrzegli że jeden z wiernych przyszedł sobie pospać do kościoła, albo położyć na ziemi przed ołtarzem. Co prawda kultura chrześcijańska zna "leżenie krzyżem", czyli położenie się twarzą do ziemi oznaczające najgłębszą adorację oraz pokutę, lecz to nie to samo. Tutaj można przyjść i odpocząć.

Zaraz za płotem miejskie życie trwa. Panowie wyciskają z formy jakieś rzeczy.

Idąc dalej przechodzimy przez centrum sprężyn. Mogę się założyć, że niezależnie do czego byśmy potrzebowali jedną z nich to tutaj na pewno znajdziemy odpowiedni rozmiar: od najmniejszych po wielgaśne, jest w czym przebierać.


Jak wielkie miasto to musi posiadać centrum handlowe, zatem przechodząc obok na chwilę wstępujemy do środka. Można kupić wszystko: od plastikowych woreczków, przez tekstylia aż po elektronikę.



Nie wiem czy dzisiaj przypada dzień targowy, lecz idąc do jednej ze świątyń przechodzimy przez uliczne targowisko, na którym towarów jest od koloru do wyboru. Wszyscy sympatycznie się do nas uśmiechają, machają zaczepiają aby się przywitać.


Zaraz obok "stacji paliw",

mamy składowisko kokosów,

a kawałek dalej warzywniak.


Po południu udaliśmy się na spotkanie z rykszarzem, który ma nas obwieźć po świątyniach w okolicach mandalay Hill. Pierwotnie chcieliśmy wynająć rowery, lecz po dłuższej rozmowie z panem, chcieliśmy dać zarobić - 6000K za wycieczkę, to dla nas nie jest aż tak dużo, a bardzo wspomoże budżet rodzinny tego pana.


Pojechaliśmy do Shwenandaw Kyaung. Nie weszliśmy do środka, gdyż wymagany był "combo ticket", lecz mogliśmy podziwiać z zewnątrz piękny przykład tradycyjnego drewnianego klasztoru. Był on częścią Pałacu, w której żył król Mindon. Dzięki jego decyzji, aby przenieść go poza obszar murów królewskiego pałacu został ocalone przed bombardowaniem podczas II Wojny Światowej.



Klasztor jest pokryty misternie rzeźbionymi elementami co nadaje mu lekkości.

Zaraz obok znajduje się Atumashi Kyaung (Maha Atulawaiyan Kyaungdawgyi) wybudowana przez króla Mindona w 1857 r. Przewodnik podaje, że klasztor ten jest doskonałym przykładem birmańskiej budowli religijnej, czyli murowane ściany, które zazwyczaj przykryte są drewnianym wielospadzistym dachem, zastępuje 5 prostokątnych tarasów.



Oglądamy także bijące z daleka bielą stupy Kuthodaw Paya (Największa Książka na świecie).

Bardzo ciekawe i charakterystyczne miejsce. Warto zapoznać się, z detalami tej budowli. Znajduje się tu 729 kyauksa gu, czyli można powiedzieć - małych stup (jaskiń) ułożonych w 3 rzędach.

W środku każdej znajduje się wysoka na 1,5 metra, szeroka na 0,9 metra i gruba na 13 cm marmurowa płyta. Z kolei na niej, po obu stronach, zostały naniesione złotym tuszem od 80 do 100 linijek w całości Tipitaka Pali Canon, czyli 15 ksiąg.


Pali Canon to standardowy zbiór pism w Buddyjskim Theravada zachowanym w języku Pali. Jest to jedyny, który przetrwał w całości, wczesny buddyjski kanon. Został stworzony w Północnych Indiach i był przekazywany ustnie aż do dnia spisania go na 4 Buddyjskiej Radzie na Sri Lance (okolice I w. p.n.e.).

Pali Canon dzieli się na 3 różne kategorie (zwanych Pitaka, czyli kosz - tradycyjnie nazywany jest jako Tipitaka, co oznacza 3 kosze)
- Vinaya Pitaka: dotyczy zasad mnichów i mniszek,
- Sutta Pitaka: dyskursy autorstwa Buddy, lecz także jego uczniów
- Abhidhamma Pitaka: dotyczy rozważań filozoficznych, psychologicznych, metafizycznych


Źródła podają, że jeżeli jeden człowiek, poświęcając 8 godzin dziennie, chciałby przeczytać całą Tipitaka to zajęłoby mu to 450 dni. Krój Mindon zwołał 5 Buddyjski Synod podczas którego 2400 mnichów wystartowało w "sztafecie" czytania tej wielkiej Księgi. Całość odczytu trwało prawie 6 miesięcy. Całkowicie inaczej zwiedza się takie miejsce.

Zbliża się zachód słońca, zatem udajemy się na historyczne Mandalay Hill. Nie wchodzimy na samą górę, ponieważ tam stoi strażnik, który sprawdza bilet wstępu. Lecz nie ma żadnej straty, kilkanaście metrów przed szczytem jest obszerny taras z którego widać całą panoramę miasta.
Po drodze na szczyt spotykamy sympatycznego (choć jak w tym kraju można spotkać kogoś niesympatycznego? Wg mnie nie wykonalne) starszego pana, który zajmuje się rysowaniem przy użyciu tuszu i żyletki. Bardzo sprawnie mu to idzie, obrazki przypadły nam do gustu, zatem wybraliśmy sobie kilka.

Sam zachód słońca był delikatnie mówiąc beznadziejny, lecz za szczytu widać jak nad miastem unosi się smog. Okropności.

Wieczorkiem udajemy się do Lashio Lay Restaurant, czyli takiego odpowiednika europejskiego baru mlecznego. Serwuje się tu kuchnie Shan: głównie curry, ryż, warzywa + mięso. Podchodzi się do wielkiej lady, gdzie są gary i wszystko człowiek może pokazać paluchem aby mu nałożyli na talerz. Jedzenie warte polecenia, a wszystko w miłej atmosferze lokalsów. Panowie stolik obok popijają myanmar whisky całość sowicie zagryzając ryżem.

Plan na jutro to zobaczenie starożytnych okolic miasta, czyli najdłuższy na świecie most tekowy w Amarapura, miasteczko Sagaing oraz Inwa. Zapraszam.





