![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
XI. Mandalay - starożytne miasta: Amarapura, Sagaing, Inwa, 16.XI.2009
Kolejny gorący dzień. Mamy zamiar wybrać się do starożytnych miasteczek. Aby ułatwić sobie sprawę wynajmujemy na cały dzień "blue taxi". Po małych negocjacjach wychodzi 14000K za całość. Szkoda, że nie znaleźliśmy nikogo z hotelu kto dzisiaj wybiera się w podobna trasę, bo moglibyśmy podzielić koszt na 4 osoby.

Jest dosyć wcześnie dlatego ulice nie są jeszcze przepełnione. Mijamy kolejne skrzyżowania, wyprzedzamy skutery i inne samochody.

Możemy podziwiać kunszt i niesamowity refleks którym wykazują się tutejsi driverzy skuterów. Generalnie ruch drogowy i sposób "nieprzestrzegania" przepisów jest to coś przy czym musze zatrzymać się na dłuższą chwilę.


Na niektórych skrzyżowaniach są światła i są to działające światła. Niestety rzadko kto patrzy na świecące się na czerwono sygnalizatory, przed skrzyżowaniem delikatnie zwalnia, aby rozeznać się w sytuacji, czy może na pełnym gazie przejechać przez ulicę. Ktoś tam z oddali trąbi, gdzieś słychać dźwięk dzwonka "rozpędzonego" rykszarza. Nie wiele osób przestrzega jakiekolwiek przepisy. Najważniejsze jest aby dojechać na miejsce. Nasz driver mówi, że w Mandalay, każdego dnia jest dużo wypadków, przynajmniej kilka dziennie! Patrząc na to jak oni jeżdżą oraz na sprawność techniczną ich samochodów wierzyć się nie chce, że w ponad milionowym mieście jest ich tak mało.

Nie ma tutaj policji, która sprawdza czy wszyscy pasażerowie skutera posiadają kask, bo z góry wiadomo, że jest to zbędny i drogi gadżet. Nie wspomnę o tym, że najczęściej jednośladem podróżuje cała rodzina tzn. dziecko z przodu przy kierownicy, później dumny tata, zaraz za nim wtulone kolejne dziecko, a stawkę zamyka mama z najmniejszym w rodzinie zawiniętym w chustę na plecach.

Po mieście kursuje coś na kształt autobusów komunikacji miejskiej, a dokładniej są to najczęściej wysłużone Toyoty. Najlepsze i najdroższe miejsca są w szoferce, później mamy miejsca siedzące na drewnianych ławeczkach na pace, jest kilka stojących na zmodyfikowanym tylnim zderzaku, no i nie możemy zapomnieć o jeszcze jednym piętrze, a mianowicie do dyspozycji mamy cały dach. Nikomu nic nie przeszkadza, najważniejsze, że wszyscy się zmieścili i jadą w dobrym kierunku.
Sagaing
Jesteśmy świadomi, że w tak krótkim czasie nie zobaczymy, nie poczujemy klimatu tego miejsca, zatem udajemy się od razu do najważniejszego punktu, a mianowicie Sagaing Hill. Kierowca wie, że nie chcemy płacić "rządowego biletu" zatem zawozi nas pod odpowiednie wejście, gdzie nie ma kontroli.




Kamienne schody z blaszanym zadaszeniem prowadzą na szczyt. Dookoła rozpościera się wspaniale sfałdowany teren porośnięty bujną zielenią z której "wyróżniają się" piękne śnieżnobiałe stupy połączone "korytarzami", tak żeby zmęczony pielgrzym nie musiał wspinać się w słońcu.



Miasto zostało ufundowane przez King Athinkhaya Saw Yun w 1315. Przewodnik podaje, że jest tu ponad 500 stup oraz dużo większa ilość klasztorów zamieszkiwana przez mniszki i mnichów. Jest to wspaniałe miejsce, aby oddać się medytacji w ciszy i spokoju.

Inwa (Ava)
Pokonujemy most na Ayeyarwaddy i kierujemy się w stronę "przystani".

Zatrzymujemy się w zacisznym miejscu. Kilka bambusowych chatek, malutka knajpka, gdzie cała rodzina prowadzi rodzinny interes. Dziewczyna z pięknym wzrokiem na twarzy próbuje swoich umiejętności, aby sprzedać wisiorek czy bransoletkę. Znajomość angielskiego wystarcza jej aby nas przekonać do zakupu drobnej biżuterii. "Morning lucky" - podobno jesteśmy jej pierwszymi klientami. Czekamy aż zbierze się parę osób na przeprawę na drugą stronę (1000K/os w obie strony, trzeba zachować bilet).

Rzeka w tym miejscu nie jest specjalnie szeroka, lecz jak widać nie opłaca się stawiać jakiegoś prowizorycznego mostku. A tak pan ma pracę, a ludzie bezpiecznie przeprawiają się na druga stronę.



Wysiadamy, a przed nami kilkanaście gotowych bryczek. Nikt do nas nie podchodzi, nikt nie wymusza. Dobrze wiedzą, że jest to jedyny, rozsądny sposób, dla kogoś kto nie posiada własnego środka lokomocji, aby zobaczyć co ma do zaoferowania ta była stolica. Wszyscy podają tą samą stawkę (zmowa cenowa) 4000K za bryczkę, zatem siadamy w pierwszej lepszej i jedziemy.


Droga jest okropna: nierówne kamienie, trzeba się trzymać aby nie wypaść. Nasz woźnica jest bardzo sympatyczny, lecz ani słowa po angielsku. Powolutku toczymy się pośród małej wioseczki, dzieci wybiegają machają na powitanie, starsi serdecznie uśmiechają się do nas.

Inwa (Ava) w języku Pali - Ratnapura znaczy "Miasto Klejnotów". Pierwszy raz, ponieważ była ona wielokrotnie przenoszona do innych miast przez różnych władców, była uznana jako stolica państwa przez króla Thado Minbya w 1364. Miejsce to znajduje się u zbiegu rzek Ayeyarwaddy i Myint Nge. Król postanowił przekopać kanał pomiędzy rzekami Myint Nge i Myint Tha przez co stała się wyspą. W 1838 roku miejsce to zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi.


Gdzieś przy drodze znajdują się małe stupy, przy których zatrzymujemy się na trochę, przecież nigdzie nam się nie spieszy. Posągi Buddy całkiem nieźle zachowane, stoją pośród upraw.


Pomimo strasznego gorąca na polu obserwujemy rolnika jak przygotowuje pole pod sadzenie, najprawdopodobniej ryżu. Oczywiście nie ma mowy o jakimś traktorze czy innej maszynie. Mamy dwa woły zaprzęgnięte do drewnianej konstrukcji, pana z kapeluszem na głowie oraz mały bat do "kierowania" bydłem.


Dojeżdżamy do "największej" atrakcji tego miejsca - Bagaya Kyaung. W całości wykonany z drewna tekowego powstał w 1834 roku. Jak piszą przewodniki misternie zdobiony pięknymi rzeźbami. Nie wchodzimy jednak do środka, 10$ "combo ticket" nas przeraża, a na zewnątrz spokój cisza i miejscowi.


Nie mamy zamiaru "odhaczyć" kolejnej atrakcji z przewodnika, lecz chcemy tu trochę pobyć. Zaparkowane bryczki stoją w oczekiwaniu na swoich "turystów", pani z gromadką dzieci kuca pod drzewem poprawiając naszyjniki zawieszone na kiju bambusowym. Ktoś inny odpoczywa sobie w cieniu, sympatyczna kobieta sprzedaje zimną wodę.


Jest to niesamowite, że człowiek tak bardzo uzależniony jest od wody. Żar leje się z nieba, wysoki filtr z twarzy dawno spłynął z kolejnymi kroplami potu. Siedzimy na bambusowej ławeczce w cieniu rozłożystego drzewa, delektując się zimna wodą w oczekiwaniu choćby na jeden powiew wiatru. Nie wiem skąd ci ludzie mają lód w tych warunkach, lecz praktycznie na każdym kroku można kupić butelkę oryginalnie zapakowanej wody, która przemiła pani wyciąga ze skrzynki gdzie leżała pośród wielkich brył lodu.

Powolutku przemieszczamy się.


Mijamy pozostałości murów miejskich, aby skręcić w polną drogę prowadzącą do najwyższego punku Inwa, czyli 30 metrowej wieży strażniczej.


Wchodzimy na górne piętro aby móc podziwiać piękną panoramę byłej stolicy. W oddali widać Sagaing oraz most na rzece Ayeyarwady.



Dojeżdżamy do brzegu, serdecznie dziękujemy naszemu driverowi za wycieczkę. Obwożenie bryczkami turystów to główny ich źródło utrzymania.


W Polsce chyba praktycznie wyginął zawód kowala, a tutaj proszę jak znalazł.

W oczekiwaniu na kolejnych klientów szybka wymiana podwozia: trzeba zdjąć stara podkowę, oczyścić kopyto, parę szlifów pilnikiem, nowe gwoździe, parę szybkich precyzyjnych uderzeń młotkiem i gotowe.
Płyniemy na druga stronę, aby siąść w zaciszu knajpki i zjeść obiadek.


Wszędzie na świecie bardzo popularne są napoje typu Coca Cola, Fanta, Sprite. W Myanmar można je także kupić, lecz są strasznie drogie ok. 1000K, zatem produkują odpowiedniki zachodnich napoi i tak np. mamy bardzo popularną Star Cole za 300K. Pyszny napój dosyć mocno przypomina zagraniczny pierwowzór, lecz jest trochę słodszy.


Taksiarze także są po obiedzie zatem czekając na nas grają w planszówkę.


Po drodze zatrzymujemy się na "stacji" benzynowej aby zasilić nasz furgon.

Amarapura - U Bein's Bridge (The Taung-Tha-Man Bridge)
Jest to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w całej Myanmar - U Bein Bridge (The Taung-Tha-Man Bridge) - najdłuższy na świecie most tekowy (1.2 km).

W czasie monsunu wody spływają z gór i okolicznych wzgórz do jeziora Taung Tha Man podnosząc jego poziom, które po obfitych opadach zamienia się w niebezpieczne miejsce odcinając część wiosek od stałego lądu. Gubernator Bain Sak oraz wysokiej rangi dostojnik państwowy U Pein po wielu naradach zaproponowali ówcześnie panującemu królowi Pagan, aby wybudować w tym miejscu most, który ułatwi życie jego podwładnym.


Budowa została rozpoczęta w 1849 roku. Drewno zostało pozyskane ze starego pałacu i z opuszczonych domów. Biorąc pod uwagę wiatry i duże fale występujące na jeziorze architekci zaprojektowali most po delikatnym łuku, aby łatwiej znosił panujące tu trudne warunki pogodowe. Każdy z 1086 słupów został wbity na głębokość około 2 metrów w dno jeziora oraz został wyposażony w 2 podpory. Mamy 482 przęsła, 4 drewniane pawilony stworzone dla ochrony przed palącym słońcem oraz 9 miejsc w których można w łatwy sposób podnieść grubą (złożoną z 9 warstw desek) podłogę, aby mogły tędy przepłynąć łodzie wojenne oraz Royal Barge Pyi Gyi Mon.


Całość budowy został ukończona po 2 latach, czyli w 1851 roku.


Inne podanie głosi, że dwaj przyjaciele króla Paganu: Bain Sak oraz U Pein wybudowali ten most, aby ich władca mógł się wymykać po nocy do wiosek w celu spotkania się ze swoimi nieoficjalnymi wybrankami.


Obecnie miejsce to skupia ogromną ilość turystów zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca i nie mam tu na myśli tylko "białych", lecz także Birmańczyków, Tajów czy inne narodowości. Można powiedzieć, że jest to taki azjatycki odpowiednik wodospadu Niagary. Dookoła kręcą się ślubni fotografowie robiąc sesje w plenerze. Dodatkowo wielu fotoamatorów próbuje zarobić na zrobieniu jedynego w swoim rodzaju zdjęcia rodzinki na tle wspaniałego mostu i co najdziwniejsze mają klientów.

Pod mostem toczy się normalne życie. Żyją tu rodziny, które w porze suchej mają mały skrawek ziemi, który uprawiają, zbudowali sobie szałas i tak egzystują.


Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, ktoś orze pole, inni w tym czasie łowią ryby, wypasają bydło, a nad nimi kolejni ludzie przemierzają most.



Sztandarowa pamiątka (dla białych) z tego miejsca to zdjęcie mnicha, odzianego w szafranową szatę na tle mostu.


Natomiast wydaje mi się, że dla młodych, czasami bardzo nieśmiałych mnichów jest to zdjęcie z piękną blondynką. Bardzo długo zastanawiali się jak podejść do nas i poprosić o to, aż jeden z nich zebrał w sobie odwagę i troszkę na migi wytłumaczył o co mu chodzi, czyli o zdjęcie z Agą.

Dzień chyli się ku końcowi...

... lecz Przyroda postanowiła "zaczarować" niebo, ku usiesze wszystkich przybyszów.


Przybywa coraz więcej turystów aby podziwiać piękno zachodzącego słońca.


Trochę ludzi ze statywami, dużo błysków fleszy, kilkadziesiąt ujęć później siedzimy w naszej blue taxi i jedziemy w stronę guest house.

To był piękny i owocny dzień, który zakończyliśmy pyszną kolacją w Chapatti Stands, czyli jedzeniu na rogu ulicy 27 i 82, gdzie stołuje się mnóstwo miejscowych. Mieliśmy szczęście, bo prawie wszystkie plastikowe stoliki były zajęte. Potrawy bardzo smaczne i świeże.

Cała rodzina prowadzi ten biznes synowie stoją przy gorącej blasze i smażą kolejne chapatti, siostry przygotowują ciasto, mama dogląda mięsnych i warzywnych dań bulgocących w kotłach, a reszta biega między stolikami i roznosi jedzenie.







