![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
XII. 13. Mandalay - Bagan - przejazd, 17.XI.2009
Bilety na autobus kupiliśmy dzień wcześniej u pośrednika Seven Diamonds (9000K/os). Według zapewnień sprzedawcy pojazd miał być z klimatyzacją, dużą ilością miejsca na nogi i generalnie wygodny. Zobaczymy...

Dostaliśmy się rano na dworzec autobusowy. Zwyczajne miejsce, mnóstwo ludzi kręcących się wokół budki, która robi za poczekalnie, dookoła zaparkowane wielkie ciężarówy, na które umieszczane są kolejne kilogramy różnych towarów prowadząc do wielokrotnego przeładowania pojazdu.


Jedną z bardziej pożądanych umiejętności to dokładne układanie, aby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni bagażowej.

Oczywiście nie ma nigdzie choćby skrawka asfaltu. Całe podłoże to ubita ziemia z kamieniami, kurzu w porannym powietrzu jest mnóstwo, lecz nie przeszkadza to zbierającym jałmużnę mnichom, czy sprzedawcom jedzenia.

Podjechał nasz "nice bus". Upewnialiśmy się kilkukrotnie czy to, aby na pewno ten, ponieważ wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciach. Nie będę wspominał, że miejsca na nogi było jeszcze mniej niż w innych, ale klimatyzacja dawała rady. Wewnątrz było 30 miejsc, czyli dużo mniej niż sprzedanych biletów. Całe szczęście funkcjonują tutaj plastikowe małe taboreciki, które ustawione w przejściu "poszerzają" ilość miejsc siedzących o kolejne 15.

Dodatkowo na dachu znajduje się bagażnik, gdzie wylądowało większość plecaków oraz innych pakunków. Tym razem nie byliśmy jedynymi białymi: jechali z nami Kanadyjczycy, Niemcy, Ukraińcy i Hiszpanie.

Wydawać by się mogło, że wszystkie miejsca są zajęte i nie ma szans aby ktoś jeszcze wsiadł, lecz w tym momencie przyszło parę kolejnych osób z wielkimi worami, czyli znalazły się dodatkowe miejsca stojące w naszym "nice bus".

Czas ruszać w drogę, wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni że zmieniamy swoje położenie. Pomagier kierowcy zaraz wrzucił DVD z naukami buddyjskimi, później amerykańskie przeboje w wersji oryginalnej oraz po birmańsku.

Każdy zajmuje się sobą: czytanie, słuchanie muzyki. Biedna była jedna dziewczyna, która siedziała niedaleko nas, bo najwyraźniej nie służyła jej jazda autobusem, gdyż 3/4 drogi spędziła z głową w foliowym woreczku, który skrzętnie uzupełniała...

Po drodze zatrzymywaliśmy się parokrotnie, aby zjeść obiad, dać odpocząć autobusowi, aby można było rozprostować nogi.


Jedna z wiosek bardzo mała, życie toczy się powoli, ludzie strasznie sympatyczni i ciekawi przybyszów. Dzieci machają, starsi próbują się z nami porozumieć.

Ktoś przyjechał swoim wozem na zakupy,

ktoś inny ładuje worek ryżu na bagażnik roweru...

Zgodnie z przewodnikiem, tak jak kiedyś w Polsce za czasów PRL'u, dziś w Birmie benzyna sprzedawana jest 'na kartki'". Każdemu właścicielowi pojazdu przysługują 4 galony (trochę ponad 15 litrów) na tydzień, co nie jest w większości przypadków wystarczające.


Zatem w całym kraju, praktycznie na każdym kroku są "domowe" stacje benzynowe w których już bez żadnych ograniczeń można kupić paliwo. Fakt że benzyna na "czarnym rynku" jest podobno dwukrotnie droższa, lecz dla prywatnych przewoźników jest to jedyna metoda na to, aby utrzymać się w interesie.


Autobus czasami musi pokonać brody, gdyż mostu jeszcze nie ma, a rzeka wezbrała. Tak czy siak jestem pod wrażeniem tego autokaru, że pomimo nie zachęcającego wyglądu z zewnątrz, to technicznie daje rady.
Tuż przed wjazdem do miasta, zatrzymujemy się na "check point" w celu kupienia specjalnego biletu na archeologiczny teren Bagan (10$/os). Niestety nie idzie obejść tej "przyjemności".
Po ponad 7 godzinach dojechaliśmy na miejsce, czyli Nyaung U. Kto by chciał chodzić w taki upał, zatem bierzemy dorożkę, którą podążamy do New Heaven, gdyż jest najbliżej. Niestety hotel nie robi na nas pozytywnego wrażenia: pokój jest duży z łazienką, lecz jakiś taki ciemny do tego odstrasza nas cena 12$. Postanawiamy pojechać do polecanego, już nie pamiętam przez kogo, Inwa Guest House. Super miejsce zaraz obok miejscowego targu, pokój czysty, jasny z łazienką i za przystępną cenę (pierwsza noc 10$, każda kolejna 9$).

Sympatyczny manager hotelu prosił nas, że jeżeli ktoś nas będzie pytał o nasz pokój 206 to, że mieliśmy wcześniej rezerwacje. Okazało się, ze znowu działa magia LP, gdyż w opisie polecają właśnie ten pokój, stąd każdy turysta, chce wynająć ten jedyny.
Wypożyczamy rowery, aby szybko coś zjeść i udać się na zachód słońca do "krainy 1000 pagód". Zatrzymujemy się w polecanej Cheri Land Restaurant na wczesną kolację. Trzeba przyznać, że obsługa niczym z pięciogwiazdkowego hotelu, jedzenie świeże, duże porcje i pyszne. Całość w ciszy i spokoju.


Teraz już powoli zbliża się godzina zachodu słońca, zatem jedziemy w stronę Old Bagan, aby znaleźć sobie jakąś pagodę, z której będziemy obserwowali krainę w ostatnich promieniach słońca. Po drodze 2 sympatycznych chłopaków na skuterze zaczepiło nas. Nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie się udać, zatem zaproponowali że nas zaprowadzą w jedno mniej popularne, aczkolwiek atrakcyjne miejsce.


Z pagody rozpościera się wspaniały widok na całą krainę. Nie ma sensu chyba tu opisywać, warto popatrzeć na zdjęcia, które mam nadzieje że choć w połowie oddają klimat tego miejsca.


Gdy spektakl dobiegł końca, chłopaki pokazali to czym się zajmują, czyli kopiowanie buddyjskich ikon na materiale. Przeglądnęliśmy całkiem spory ich dorobek i skuszeni kupiliśmy jeden z nich.

Jutro będzie ciężko, ponieważ trzeba wstać przed 5:00, aby zdążyć dojechać na wschód słońca na jedną z pagód.





