![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
XIII. Bagan - "kraina 1000 pagód" - cześć północna, 18.XI.2009
Bagan to kraina w której największe śpiochy wstają w środku nocy, aby pojechać i zobaczyć spektakularny wschód słońca. Zatem pobudka o 4:30, plecak ze sprzętem na plecy, statyw do koszyka, czołówka na głowę, rower między nogi i siłą mięśni jedziemy w kierunku jednej ze świątyń z której mam zamiar uwiecznić dzisiejszy poranek.


Wioska jeszcze śpi, kompletnie puste ulice, gdzieniegdzie ktoś tam zaspany wychodzi ze swojej chatki. Bardzo ciepło: mam na sobie T-shirta i krótkie spodnie. Powoli pedałuję wzdłuż Nyaung U w stronę Old Bagan.



Po kilkunastu minutach jazdy w zupełnej ciemności natrafiam na chłopaka na skuterze, który najpierw nieśmiało zagaduje, a później proponuje, że chętnie pokaże mi ciekawą pagodę, z której będzie wspaniały widok na okolicę. Nie mam nic do stracenia, zatem jadę za nim.

Wchodzimy po stromych schodach, niebo już powoli staje się szarawe. Nie pozostaje nic innego jak czekać na poranne kolory nieba, na to co Natura przygotował na dzisiaj. Mojemu kompanowi pomimo czapki i kurtki jest chyba dosyć zimno bo cały dygocze.


Za chwile rozpoczyna się spektakl. Jakikolwiek opis jest chyba zbędny, lepiej zobaczyć zdjęcia, które mam nadzieje ze choć w połowie oddają piękno kolorów, delikatność porannych mgieł pośród krainy "1000 pagód".



Dzisiejszego poranka niebo było wolne od balonów. Jest to jedna z bardziej popularnych atrakcji tego rejonu. Lot balonem kosztuje podobno w okolicach 275$ od osoby, zatem całkiem sporo, a trzeba rezerwować z dosyć dużym wyprzedzeniem.

Niespiesznie wracam na śniadanie do naszego hoteliku.

Najlepszą metodą na zobaczenie tej krainy to wypożyczenie roweru lub wynajęcie bryczki z przewodnikiem.

Plan na dzień dzisiejszy to rowerowa przejażdżka po okolicznych pagodach. Bierzemy jednoślady, wodę i jedziemy gdzie nas oczy poniosą, tak aby zobaczyć co ciekawsze świątynie.


Bagan (Pagan, formalnie Arimaddanapura lub Arimaddana) to starożytne miasto w regionie Mandalay. Literatura podaję, że mnich Shin Arahan nawrócił na buddyzm ówczesnego władcę krainy - Anawrahta. W 1057 roku monarcha poprosił króla Monów, Manuha o kilka buddyjskich tekstów i relikwii. Niestety dostał odmowę, zatem najechał jego tereny i wywiózł do Baganu wszystko co było cokolwiek warte m.in. 32 tomy Tripitaki, a także architektów, budowniczych, mnichów i samego władcę także.

Kolejnym krokiem była prośba/rozkaz króla aby wybudować świątynie wychwalające Buddę. I w taki sposób w przeciągu 200 lat, na zaledwie 40 km kwadratowych powstało ponad 5000 budowli. Jedna z pierwszych została wybudowana Shwezigon Paya w kształcie idealnego dzwona, która później służyła jako wzór do naśladowania przy budowie świątyń w całym kraju.

Bagan stał się "Pierwszym Birmańskim Królestwem", centrum nauk buddyjskich, które odwiedzało mnóstwo ludzi z całej południowo-wschodniej Azji.

Niestety świetność tego terenu nie trwała zbyt długo, gdyż w 1287 roku miliony Mongołów dowodzonych przez Kublai Khan najechało królestwo i dosyć mocno je zniszczyło.

W niektórych świątyniach można spotkać posągi Buddy w innych starożytne, całkiem nieźle zachowane freski. Nie ma tu kamer, wydzielonych ścieżek, sprzedawanych biletów... każdy może pojechać, gdzie chce i zobaczyć co mu się podoba.

Napotykamy zamkniętą małą świątynię, chwile czekamy przychodzi sympatyczny pan z wielkim kluczem, aby otworzyć wrota stupy, w której są piękne malowidła pokazujące Buddę. W każdej ze świątyń warto poświęcić trochę czasu, aby poczuć ciszę, spokój i nacieszyć oko widokami.


Rejon Baganu to także teren występowania kobry, zatem trzeba uważać, gdyż gady te lubią wygrzewać się na rozgrzanych kamieniach świątyń, zatem warto mieć przy sobie latarkę, aby uniknąć bezpośredniego kontaktu z nimi.

Jest to także doskonałe miejsce na odetchnięcie, choćby przez chwilę od lejącego się żaru z nieba. Warto schronić się i posiedzieć w cieniu stupy lub w jej wnętrzu gdzie jest przyjemny chłodek.

Przy większych świątyniach pojawiają się stragany oraz miejscowi próbujący coś sprzedać. Znamy to z innych miejsc, choćby z Częstochowy, gdzie nawet najświętsze miejsce jest otoczone chińskim kiczem obrazków, różańców i innych religijnych rzeczy, lecz z tą różnicą, że tu nie ma kiczu, nie ma chińszczyzny. Są za to ręcznej roboty wyroby mieszkańców.



Najczęściej oferowane są malowane kopie buddyjskich fresków na materiale oraz wyroby z laki. Mamy zamiar kupić jeden z nich zatem pozwalamy oprowadzić się sympatycznej dziewczynie po świątyni, gdzie nienagannym angielskim opowiada nam historie oraz tutejsze zwyczaje.

Na koniec udajemy się do jej straganu i przeglądamy to co ma do zaoferowania. Oczywiście targowanie się jest tu jak najbardziej na miejscu, lecz to co różni tutejsze obyczaje od naganiaczów w innych krajach to kultura transakcji, jakość towaru i brak nachalności znanej z np. Egiptu.

Wyroby z laki to jedne z najbardziej popularnych pamiątek z tego kraju. Można powiedzieć, że większość rzeczy powstaje właśnie tutaj w Bagan. Generalnie wybór jest duży, a cena zależy od jakości i ilości warstw danego naczynia.

Proces powstawania ozdoby jest bardzo długi. Na początku osoba tworzy szkielet. W droższych wersjach jest on wykonany z kawałków bambusa związanych końskimi lub oślimi włosami, tańsze wersje całe wykonane są z bambusa. Na szkielet nanoszona jest pierwsza warstwa laki i odłożona do wyschnięcia. Proces ten trwa kilka dni, później następuje szlifowanie pyłem z łusek ryżu i nakładana jest kolejna warstwa. Czym więcej warstw tym naczynie jest trwalsze i droższe.


Na samym końcu następuje proces malowania i rzeźbienia. Najwyższej jakości wyroby powstają przez okres ponad 6 miesięcy i posiadają kilkanaście warstw.


Udając się w kierunku New Bagan słyszymy coraz głośniej bębny i śpiewy. Okazuje się, że pojutrze jest pełnia księżyca, zatem już dzisiaj zaczyna się Full Moon Festiwal, który obchodzony jest co miesiąc.




Mnóstwo dzieciaków z bębnami i innymi instrumentami w rytm muzyki przechodzi przez wioskę, a dwuosobowe zespoły z konstrukcją w kształcie różnych zwierzęt tańczą, biegają drażnią się z widzami.



Korowód kilkunastu "zwierząt" kończy najważniejsza osoba w pochodzie, czyli śliczna mała dziewczynka, przebrana za księżniczkę, która na grzbiecie "słonia" pozdrawia lud.


Wszystko takie radosne, wesołe i kolorowe.
Troszkę zmęczeni pedałowaniem, znajdujemy bardzo malutką knajpkę San Thi Dar, gdzie zajadamy się pysznymi naleśnikami z owocami. 4 małe stoliki, rodzinna atmosfera, gdzie pani domu pichci domowe jedzenie na zapleczu.. Właściciel Khin Maung Do bardzo chętnie rozmawia z przybyszami, pomimo słabego angielskiego. Jedzenie naprawdę pyszne, zatem jak będziecie w okolicy warto tam zajrzeć.

Powoli zbliża się zachód słońca, zatem jedziemy tym razem na jedną z najbardziej znanych pagód, czyli Shwesandaw Paya zwana "sunset pagoda". Jest najsłynniejsza ponieważ posiada 5 tarasów, a z najwyższego mamy 360 stopni widok na okolicę.

Jeżeli coś jest najsłynniejsze to także można się spodziewać największej ilości turystów (spotkaliśmy pierwszych polaków) i rzeczywiście. Byliśmy dużo wcześniej więc mogliśmy obserwować jak kolejne busiki czy dorożki podjeżdżają, aby obładowani sprzętem foto turyści mogli wdrapać się na nią i zobaczyć zachód słońca.


Natura postanowiła wynagrodzić nam trudy temperatury i pedałowania w 40 stopniowym upale, gdyż to co zaczęło dziać się na niebie w trakcie zachodu było istnym teatrem światła, cienia i chmur.



Piękne zjawisko... popatrzcie sami (szkoda, że całość była zakłócana błyskami fleszy).


nie mogłem się powstrzymać, gdyż niebo było iście bajeczne....


ostatnie strzały, gdy słońca dawno zaszło za horyzontem....a część swiątyń jest pięknie podświetlona...



Wieczorem jeszcze wymiana dolarów. Czasami warto przejść się parę kroków, gdyż w guesthouse oferowali nam kurs 1$ = 900K, a naprzeciwko w "biurze podróży" za 1$ dawali 950K.






