![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [diary]
III. Golden Rock Pagoda - Mount Kyaiktiyo ,przejazd do Bago, 8.XI.2009
Poranne śniadanie: tosty, masło, dżem, jajko, kawa, herbata, czyli tutejszy standard. Idziemy szybko na miejsce startu pickupów w nadziei, że załapiemy się i nie będziemy musieli długo czekać, aż zbierze się cały. Jakież było nasze zdziwienie, ile osób ma zamiar wybrać się w to samo miejsce co my i nie mam tu na myśli turystów z zagranicy, lecz tutejszych.


Pierwsza ciężarówka wypakowana po brzegi ruszyła bez nas. Są to całkiem dobrej jakości samochody, lecz teraz już wiem co to wg birmańskiej nomenklatury znaczy "zapakować do pełna", bo tylko w takim momencie pojazd odjeżdża. Na naczepie położone są co 50 cm jakieś deski, na których siedzą ludzie. Sądzę, że minimum 50 osób i jak już ci się wydaję, że to koniec to pomagier drivera znajduje jeszcze miejsca na kolejne kilka osób.


Po uiszczeniu opłaty (1500K/os) jedziemy pod górę. Przewodnik wspominał, że jedzie się ok. 40 minut, lecz nie napisał ani słowa, że są to bardzo, ale to bardzo strome podjazdy, także nie wiem w jakie silniki są wyposażone te pojazdy lecz muszą być naprawdę w doskonałej formie, bo bez najmniejszego problemu pokonywały podjazdy o nachyleniu ponad 25 stopni (dzięki Piotrek za korekte). Jechaliśmy na ostatniej ławeczce i trzeba było się trzymać z całych sił aby nie wypaść: nie było szansy robić zdjęć.


Dojechaliśmy do miejsca gdzie wszystkie pickupy się zatrzymywały i stąd zaczyna się podejście betonową ścieżką ok. 45 minut. Można także wynająć sobie nosze i 4 malutkich birmańczyków może cię wnieść na sam szczyt.

Po drodze jak to bywa w turystycznych miejscach co jakiś czas sklepiki z jedzeniem, napojami oraz z pamiątkami różnego kalibru: od koralików, rysunków, figurek.
Dodatkowo spotkaliśmy parę tutejszych "aptek" oferujących najróżniejsze jaszczurki, chrabąszcze i inne specyfiki, wszystko kolorowe i nawet zachęcające do zakupów.



W sumie to zastanawiałem się dlaczego najczęściej występującą tutaj zabawką to pistolet, karabin lub cokolwiek co strzela wykonane z bambusa. Pozostawię to bez odpowiedzi.

Po dotarcie na szczyt trzeba kupić bilet wstępu (5$/os + 2$ za aparat). Niestety pieniądze idą do wojska, lecz tego wstępu nie da się obejść w żaden sposób, no chyba, że komuś wystarczy oglądanie "złotej skały" z odległości kilkuset metrów. Jeżeli schowa się aparat to później nikt nie sprawdza czy masz wykupiony bilet na robienie zdjęć. Koniecznie trzeba pamiętać o zdjęciu butów, ponieważ w każdej buddyjskiej świątyni chodzi się na boso.

Niestety główna atrakcja i jedno z bardziej świetych miejsc w całej Birmie, była od podstawy po szczyt otoczona rusztowaniami z bambusa. Trafiliśmy na okres w którym czyszczą całą skałę i nakładają nową warstwę złota, podobno nie zdarza się to zbyt często.

Na szczycie złotego kamienia (Golden Rock) znajduje się 7.3 metra wysokości mała stupa. Legenda mówi, że kamień jest doskonale wyważony, ponieważ w środku stupy umieszczony jest bardzo precyzyjnie włos Buddy. Król Tissa w XI wieku otrzymał tą relikwie od pustelnika, który nosił go wpleciony we własny pukiel włosów. Darczyńca poinstruował króla, aby znalazł głaz, który będzie przypominał jego twarz, a sam włos powinien umieścić w stupie wybudowanej na jego szczycie. Król posiadał nadprzyrodzone moce, ponieważ urodził się jako dziecko zawgyi (utalentowany alchemik) oraz naga (księżniczka, pół wąż pół smok). Znalazł pasujący kamień na dnie morza i w "cudowny" sposób został przetransportowany na pokładzie łodzi na dzisiejsze miejsce, czyli górę Mt Kyaiktiyo. Po tym wydarzeniu łódź "przemieniła się" w czarny głaz, który można zobaczyć kilkadziesiąt metrów od Złotej Skały. Sama nazwa jest to złożenie trzech słów: "kyaik" znaczy pagoda, "yo" oznacza dźwigać głowę pustelnika, a słowo "ithi" z języka pali oznacza pustelnika.




Wszędzie mnóstwo ludzi, całych rodzin, które spędzają tutaj dzień. Kobietom nie wolno podejść pod sam kamień, ze względów religii. Wszyscy się modlą, medytują, cisza i spokój.

Na szczycie znajduje się kilka dosyć drogich hoteli w których turyści mogą przenocować, lecz taka przyjemność to wydatek kilkudziesięciu dolarów, a podobno warunki wcale nie są adekwatne do ceny. Widać, że chętnych nie brakuje, a od czasu do czasu mijają nas kolejni tragarze, którzy w koszach znoszą bagaże turystów, którzy będę zniesieni na dół, na parking.
Okazało się, że największą atrakcją byłą Aga. Co jakiś czas ktoś przystawał i bardzo długo obserwował moją żonkę, a jak ktoś posiadał aparat, to koniecznie musiał sobie zrobić zdjęcie. Jak się później dowiedzieliśmy to magia blond włosów i błękitnych oczu.

Będę jeszcze o tym wspominał, lecz tylko nadmienię w tym miejscu, że ten kraj to raj dla fotografów. Piękne tereny, lecz to nie najważniejsze, ludzie sami wchodzą przed obiektyw, zwłaszcza dzieci, nie zakrywają się, czasami specjalnie nawet się do tego przygotowują, nic nie chcąc w zamian. Wszystko jest takie naturalne, takie prawdziwe, bez udawania. Z ich oczu promieniuje dobro, szczęście, życzliwość, generalnie same dobre cechy.







Mieliśmy już iść, lecz usłyszeliśmy bicie w dzwon i wszyscy zaczęli się schodzić jak najbliżej "Złotego Kamienia", a prace restauratorskie zostały zaprzestane - widocznie pora uroczystej modlitwy. Cześć mnichów oraz "cywili" weszli po bambusowym rusztowaniu na szczyt kamienia, tuz pod stupę i tam odmawiali swoje modły




Po spędzeniu trochę czasu zeszliśmy na parking, aby załadować się gdzieś na wcisk na pakę ciężarówki. Tym razem trafiło nam się miejsce w środku ławek, co było ciężkim przeżyciem, bo gdy pojaz podjeżdżał lub zjeżdżał z kolejnej górki lub wchodził w ostry zakręt nie było miejsca aby gdzieś się choćby trochę przytrzymać. Jazda jak na prawdziwym rollercosterze.



Szybki prysznic w hostelu, jakieś jedzonko i uderzamy na autobus o 12:30 do Bago (5000K/os). W tym kraju nikt się nie śpieszy a godziny odjazdu są bardzo umowne, dlatego odjechaliśmy po 13:00. Na początku w naszym autobusie działała jakaś wentylacja, czy nawet była to klimatyzacja, lecz po kilkudziesięciu minutach pan wyłączył i pootwierały się okna.


Już w samym Bago, zatrzymaliśmy się w jakiejś malutkiej uliczce, aby z małego domku wytoczyła się beczka benzyny. No tak tankowanie... tutaj tylko rządowe autobusy mają benzynę pochodzącą od państwa a prywatni ludzie kupują gdzie popadnie. Podczas całego wyjazdu nie widziałem nigdzie żadnej stacji benzynowej, nawet w dużych miastach.
Po dojechaniu na miejscu dopadli nas od razu kierowcy mototaksówek. Na razie odpuściliśmy bo chcieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Oglądaliśmy kilka: Myananda Guest House, Emperor Hotel, lecz zostaliśmy w San Francisco Motel. Było najczyściej i najtaniej (8$ za pokój ze śniadaniem). Co otrzymujemy za tą kwotę: dosyć duży pokój z łazienką z wentylatorem, ciepła woda w prysznicu oraz prąd do około 22:00, później nie ma, pozostają świeczki.



Nie wiem dokładnie jak to jest z tą elektrycznością w tym kraju, lecz w większości miejsc prąd wyłączany jest w okolicach 22:00, tzn coś tam płynie w kablach lecz wystarcza jedynie na malutką żaróweczkę, taką którą w latach młodości podpinało się pod płaską baterie 4.5V. Większość hosteli lub hoteli o wyższym standardzie posiada własne agregaty (lecz ten akurat chyba nie ma) zatem najczęściej elektrycznośc jest podtrzymywana. Ulice są kompletnie ciemne.
Po szybkim rozgoszczeniu się miły pan zaproponował, nam wycieczkę na skuterze po Bago (5$ od osoby). Wszak planowaliśmy to na dzień jutrzejszy, lecz przekonał nas fakt, że dzisiaj zdążymy zobaczyć to co chcemy oraz ze nie będziemy musieli płacić goverment fee czyli 10$/os za wstępy, czyli kolejnego haraczu, który trafia do junty wojskowej.
Szybki prysznic, który choć na chwile daje wytchnienie od tego gorąca i jedziemy zobaczyć wszystkie ważniejsze miejsca. Zatem wsiadamy na skuterki z naszymi driverami i jedziemy w stronę czterech posągów Buddy - Kyaik Pun Paya. Każdy z 27 metrowej wysokości spogląda w inna stronę świata. Wszystko jest takie nowe, jakby powstały wczoraj, a tak naprawdę zostały wybudowane w 1476 roku. Dokładnie nie wiadomo, co wspólnego z ta budowlą mają 4 siostry Mon, lecz podanie głosi, że jeżeli którakolwiek z nich wyszłaby za mąż to wtedy, legnie w gruzach jeden z posągów. Może coś w tym jest bo prawie pięć wieków później z jednego z posągów nie zostało prawie nic. Naukowcy jednak twierdzą, że powodem destrukcji w 1930 roku było trzęsienie ziemi.


Dalej udaliśmy się zobaczyć Shwethalyaung Budda. Ze swoimi 55 metrami długości i 16 metrami wysokości jest to chyba jedna z największych atrakcji Bago. Uważa się, że został zbudowany w 944 roku za rządów króla Migadepa II. Legenda głosi, że pewnego dnia syn okrutnego i skorumpowanego władcy wybrał się na polowanie, na którym spotkał piękną dziewczynę z plemienia Mon. Zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że nie przeszkadzał mu fakt, że była buddystką, a on jak i całe królestwo jego ojca, wierzyli w pogańskich bożków. Po jakimś czasie stali się kochankami, a chwilę później pobrali się. Kiedy wieści dobiegły do króla postanowił wydać rozkaz zgładzenia dziewczyny i swojego syna. Od tego czasu, gdy jakaś panna młoda modliła się do swojego pogańskiego bożka, powodował to popękanie i zniszczenie figurki. Król bardzo się tym faktem wystraszył i zrozumiał swoje złe postępowanie. Postanowił zbudować wielką figurę Buddy i nawrócić swój lud na buddyzm.

Po jakimś czasie posąg został zapomniany i powoli ginął w wielkiej dżungli. Obecny jego kształt jest wynikiem kilkukrotnego odnawiania i naprawiania. W 1930 roku została dodana wielka poduszka pod głowę.

Miejsce samo w sobie jest niesamowite, spokojne, ciche. Późna godzina oglądania też ma na pewno na to wpływ, bo nie ma tu nikogo, ani innych turystów, ani lokalsów próbujących coś sprzedać.
Dalej pojechaliśmy zobaczyć inny posąg Buddy. Tym razem odkryty, nad wodą. Niestety nie wiem jak się nazywa, ani nie znam żadnej historii ani legendy na jego temat, lecz jest to przyjemne miejsce aby wypocząć i zrelaksować się.

Dalej szybki rzut oka na (zbliża się zachód słońca a Win obiecał zawieźć nas w miejsce, skąd będzie piękny widok na miasto) Maha Kalani Sima. Powstały w 1476 roku przez Dhammazedi i jak większość tutejszych posągów był wielokrotnie przebudowywany i odrestaurowywany ze względu na liczne trzęsienia ziemi.

Przed wyjazdem widziałem parę zdjęć i kilka opisów miejsca o nazwie "Snake Monastery". W niewielkim pomieszczeniu znajduje się 118 letni birmański pyton. Według legendy w gadzie tym wcieliła się (reinkarnacja) postać osoby, która poprzednio stała na czele klasztoru w Hsipaw. Podobno wrócił w postaci węża aby ukończyć rozpoczętą w poprzednim życiu budowle stupy. Nawet jeżeli nie jest to mnich, to warto wspomnieć o jego rozmiarach: ponad 5 metrów długości, 30 centymetrów grubości, ponad 118 kg wagi co podobno jak na ten gatunek to wymiary są całkiem całkiem. Dodam jedynie że raz na 10 dni pożera ponad 5 kg kurczaków.

Nie mogliśmy zostać pobłogosławienie przez pytona, ponieważ akurat zażywał kąpieli. 3 facetów myło wielkie cielsko gada oraz jego miejsce spoczynku.

Czas na podziwianie zachodu słońca i mieniącej się złotem Shwemawdaw Paya (najwyższej pagody w kraju 114 metrów), który mogliśmy oglądać z jednej z pagód. Pierwotnie stupa została wybudowana w X wieku przez lud Mon, aby móc skryć w niej 2 włosy Buddy. Miała tylko trochę ponad 20 metrów wysokości. Podobno włosy zostały przekazane dwóm kupcom: Mahasala i Kullasala przez samego Buddę podczas podróży do Indii. W późniejszym czasie dodano kolejne relikwie: święte zęby.

Cały czas nasz przewodnik Win opowiadał nam o mieście, o wierze buddyjskiej, o tym co oglądamy itd. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni jego poziomem angielskiego oraz wiedzy jaką posiada o mieście w którym się wychował, o ludziach, o religii.

Na koniec już po zmroku pojechaliśmy zobaczyć już "od środka" Shwemawdaw Paya.
Późnym wieczorem dojechaliśmy do hostelu. Tutaj pokazał nam swój zeszyt z rekomendacjami oraz album ze zdjęciami, bo jak się okazało jest także przewodnikiem na trekkingach w okolicach Kalaw. Przedstawił nam swoją ofertę i jakbyśmy byli zainteresowani to jutro koło południa będzie czekał. Postanowiliśmy przemyśleć sprawę.
Jutro wczesna pobudka, ponieważ mam zamiar zobaczyć długie korowody mnichów chodzących po mieście i zbierający jałmużnę. Adze nie podoba się Bago, zatem jutro już opuszczamy to miasto i jedziemy do Kalaw.

-nowości



