![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [diary]
IV. Bago - mnisi, przejazd do Kalaw, 9.XI.2009
Wczesna pobudka o 5:15 i wyruszenie na miasto, aby znaleźć mnichów, którzy wyszli jak co dzień rano po jałmużnę. Poczekałem przy drodze niedaleko naszego hotelu, aby podłączyć się pod ich szeregi i trochę z nimi powędrować. Była to nie duża grupka około 20 kilku młodych mnichów. Bardzo szybkim tempem przemierzali kolejne uliczki miasta.



Przed szeregiem mnichów szedł starszy chłopak, który nawoływał, że idą. Zasady mówią, że mnisi nie mogą wejść do żadnego domu, a jałmużnę mogą otrzymać tylko na ulicy. Legenda głosi, że kiedyś wydarzyła się taka sytuacja, że podczas porannego zbierania jałmużny, mnich wszedł do domu, którego właścicielem był bardzo zamożny jubiler, który posiadał nadzwyczajnie drogocenny kamień. Nie było tam nikogo poza gadającą papugą, która na widok mnicha połknęła klejnot. Chwilę później wszedł pan domu i spostrzegł, że nie ma jego błyskotki. Oczywiście oskarżenie padło na mnicha. Bardzo rozzłoszczony jubiler wziął kij i zaczął bardzo mocno okładać niewinnego zakonnika. Niestety ofierze religia nie pozwalała powiedzieć prawdy, ponieważ wtedy właściciel zapewne zabiłby ptaka, zatem byłby to wyrok śmierci na inne istnienie. Tuż przed śmiercią mnicha ptak nagle zachłysnął się i wypluł z siebie kamień. Właściciel zauważył swój błąd, lecz w żaden sposób nie potrafił wynagrodzić cierpień i bólu duchownemu. Od tego wydarzenia, jest niepisane prawo, że mnisi nie mogą wchodzić do domów po jałmużnę.


Darczyńca zatrzymuje się przed swoim domem, ściąga obuwie i czeka, aż czoło szeregu zatrzyma się, wtedy pierwszy mnich dotyka naczynia, wypowiada błogosławieństwa i rusza dalej. Z tyłu idzie kilku pomocników, którzy odbierają dary i wkładają do odpowiednich wiader. Starszy pan ładuje wszystko na swój wózek i pcha go przez cały czas, aż do samego klasztoru. Jest to ich sposób na przekazanie czegoś mnichom: są zbyt biedni, aby dać jedzenie, zatem ofiarują swoją pomoc, aby być zbawionym. Wszystko odbywa się w ciszy i spokoju.




Po prawie 2 godzinach kolumna skierowała się w stronę swojego "domu". Generalnie w Bago jest bardzo dużo klasztorów, jedne są większe, drugie mniejsze. Ten zamieszkuje 98 młodych mnichów.


Zostałem zaproszony do środka wielkiej sali, gdzie były przygotowane stoliki przy których mnisi spożywają śniadanie, czyli jeden z 2 posiłków dnia. Drugim jest kolacja jakoś wieczorem, w ciągu dnia nie mogą spożywać jedzenia. Zostało wskazane mi miejsce na bambusowej macie, gdzie za chwile jeden z pomagierów przyniósł herbatę i jakieś słodkości.



Zrozumiałem, że mam trochę poczekać po czym zaprowadzili mnie na górę do pokoju swojego nauczyciela. Niestety mówili strasznie kiepsko po angielsku, właściwie tylko kilka słów, zatem nasza konwersacja nie była zbyt owocna. Gestami pokazali miejsce do spania, uczenia się, medytacji czyli wielka sala wypełniona bambusowymi matami. Oglądałem grube tomy książek, miejsce z posągiem Buddy.


Na dużej sali wszyscy byli zajęci swoim śniadaniem. Wszyscy w ciszy spożywali posiłek. Nie chciałem im przeszkadzać, zatem tylko siedziałem i obserwowałem, aż jeden z mnichów gestem pokazał, że mogę robić zdjęcia. Czułem się trochę nieswojo, lecz widać, było że bardzo chcą, aby ich uwiecznił.



Na koniec podziękowałem za gościnę i poszedłem dalej. Okolice po których chodziłem z mnichami były bardzo biedne. Większość domów to tak naprawdę niewielkie chatki wykonane z bambusa i liści palmowych z jakimś paleniskiem, bez światła. Według tego co mówili ludzie, to tylko bogaci mieszkają w budynkach z murowanych ścian, reszty nie stać na taki luksus. Sanitariaty to studnia, przy której dzieje się wszystko: pranie, mycie, czyszczenie. Mimo bardzo prymitywnych warunków codziennie rano kobiety odziane w sarong, a mężczyźni w longyi przy użyciu miski zażywają kąpieli.



Widać, że aby zdobyć jedzenie, wszyscy zajmują się wszystkim: jedni zbierają chrust, inni przygotowują betel, ktoś jeździ rikszą lub motorkiem. Na każdym kroku malutkie interesy, sklepiki, restauracyjki, handel warzywami, owocami, czym popadnie. Ludzie tutaj nie przejmują się niczym ponad to, aby mieć co jeść i gdzie spać, więcej pieniędzy nie jest im potrzebne. Lecz co najważniejsze to na wszystkich twarzach rysuje się ogromny uśmiech, każda twarz jest pełna radości i szczęścia.






Młoda dziewczynka zwija cheerots (birmańskie papierosy). Na jednej kupce ma ustniki, na drugiej jakieś liście, mieszankę tytoniu. Złożyć wszystko w całość, zrolować, nakleić naklejkę z firmą wszystko trwa kilka sekund. W ten sposób próbuje wspomóc budżet wielodzietnej rodziny. Według opowieści ludzi mała rodzina posiada minimum trójkę dzieci, a normalnej wielkości ma około 8-10 potomków. Można powiedzieć że to taki azjatycki standard w przeciwieństwie do Europy.

Wróciłem do hotelu na śniadanko. Pani zaserwowała nam pyszny placek - naleśnik z mąki ryżowej z kokosem do tego kawa i herbata. Postanowiliśmy, że będziemy chcieli skorzystać z naszego przewodnika Wina. Pomimo, że będzie to kosztowało troszkę więcej niż ceny jakie podaje LP, lecz mamy tutaj pewność jakości oraz Win sam w sobie jest bardzo miłym i uczciwym człowiekiem, zatem będzie to przyjemność. Umówiliśmy się na $70 za 2 osoby za 2 dniowy trekking z pełnym jedzeniem, przejazdami i wszystkimi wydatkami począwszy od wyruszenia z Kalaw, a skończywszy na dopłynięciu nad Inle Lake.




Spakowaliśmy nasze bagaże i już razem z Winem pojechaliśmy na dworzec autobusowy (150K/os za tuk tuka). Oczekujemy na prywatny autobus do Kalaw. Do wyboru mieliśmy 3 różne wersje:
- autobus za 12000K/os, czas przejazdu 20 godzin,
- autobus za 14000K/os, czas przejazdu 17 godzin,
- autobus za 17000K/os, czas przejazdu 14 godzin, wyposażony w klimatyzacje, dużo miejsca na nogi, telewizja i zatrzymuje się tylko w kilku miejscach...


Wybraliśmy tą najdroższą opcję ze względów wygody no i przede wszystkim biorąc pod uwagę czas przejazdu. Pan w biurze podróży, bardzo dobrze mówił po angielsku, zatem dowiedzieliśmy się jak to jest z cenami. Za ten sam bilet miejscowy zapłaci połowę mniej - taka zasada, którą wszyscy przestrzegają. Wychodzą z założenia, że turyści są bogatsi od lokalsów zatem będą oficjalnie płacić 2 razy tyle. Wydaje mi się, że jest to rozsądne podejście. Nikt nikogo nie naciąga, po prostu wiesz jaka jest cena. Oczywiście piszę tutaj o rejsowych przejazdach, bo jeżeli mówimy o taksówkach, rikszach, motorkach i tego typu pojazdach to zawsze trzeba się targować.


Jako, że musimy poczekać 2 godzinki (nasz autobus startuje o 13:00) to możemy oglądać otaczających nas ludzi. Tak naprawdę to oni są bardziej ciekawi nas i co jakiś czas ktoś przychodzi, aby sobie popatrzeć. Miasto wielkości Wrocławia, jesteśmy na głównym dworcu autobusowym, a tutaj brak jakiegokolwiek asfaltu, wszędzie mnóstwo kurzu, brudu, pełno plastikowych toreb, mnóstwo woreczków z czerwoną śliną, do tego tyle samo "krwistych plam" na ziemi -> pozostałość po żuciu betel.


Betel (Piper betle), czyli używka do żucia. Składa się z liści pieprzu betelowego w który są zawinięte orzeszki palmy areki, trochę sproszkowanego wapienia oraz dodatki. Najczęściej wygląda to tak, że liść jest posmarowany jakąś białą mazią, posypuje się to orzeszkami no i najważniejsza część czyli w większości przypadków tytoń, a w wersji nielegalnej dodaje się jeszcze heroinę, kokainę lub inny narkotyk. Całość niezależnie od opcji wkłada się w usta i żuje. Po jakimś czasie betel puszcza czerwony sok, który w połączeniu ze śliną bardzo często ląduje w specjalnie przygotowanych do tego celu woreczkach lub po prostu na ziemię pozostawiając charakterystyczne plamy. Żują wszyscy niezależnie od wieku i płci: od młodych kilkuletnich chłopców po starowinki. Większość z nich ma bardzo zniszczone czerwono-czarne zęby, a pamiętamy, że opieka medyczna jest kilkuset razy gorsza niż w Polsce. Oczywiście kierowcy autobusu, bez paczki betelu nie ruszają z dworca. Można to kupić na każdym kroku.



Pomimo ogromnego upału, niebo kompletnie bezchmurne ludzie biegają dookoła autobusów próbując cokolwiek sprzedać: prasę, słodkości, wodę, lody, kurczaki a także produkty rodem z drogerii: pomadki, cienie, cążki do paznokci, kremiki itd...





Okazało się, że nasz autobus przyjechał jednak wcześniej. Rzeczywiście było warto dopłacić, bo miejsca na nogi mnóstwo, do tego rozdają wodę, Klima, no i TV z hollywoodzkimi filmami. Podróż bardzo przyjemna, za oknem krajobraz bardzo szybko się zmienia. Droga przepięknej jakości. Przez to że bilet droższy to autobus jedzie nowo wybudowaną autostradą przez nową stolicę Naypyidaw. Dziwna sytuacja bo rankiem 7 listopada 2005 o godz. 6:30 wszyscy rządowi pracownicy dostali rozkaz przeniesienia się z "starej" stolicy którą był Rangun do nowopowstałej, jeszcze nie do końca zbudowanej Naypyidaw. Podobno było to zasugerowane przez astrologów, którzy twierdzili, że tego dnia będzie doskonały układ planet, gwiazd i innych zjawisk na niebie, co przyniesie szczęście przede wszystkim rządzącym i ludowi.



Przejeżdżamy późnym wieczorem, przez co nasze zdziwienie jest większe: same murowane budynki, piękne "europejskie" ronda z bajecznymi układami kwiatowymi, wszystko kolorowo podświetlone, na ulicach zapalone lampy. Musimy pamiętać, że przebywamy w kraju gdzie rząd na noc w większości obszarów wyłącza dostawy prądu a w innych bardzo mocno je ogranicza. A w stolicy kompletna rozpusta. Jedna część miasta to wysokie budynki mieszkalne, inna to osiedle willi i hoteli. Wszystko jak spod igły. Jedyne czego tu brakuje to ludzie. Z zewnątrz wydaje się że wszystko jest opustoszałe i Win potwierdza tą tezę. Stolicę zamieszkują jedynie wysoko postawieni wojskowi i pracownicy rządu, raptem kilka tysięcy osób. Koszt zbudowania od podstaw miasta szacowane jest na okolice ponad 5 miliardów USD.
Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie w przydrożnym barze. Ceny bardzo niskie, a jedzenie pyszne. Dobrze, że co jakiś czas są takei przystanki, wtedy człowiek może zjeść coś uzupełnić zapasy, skorzystać z toalety, lecz co najważniejsze kierowca autobusu może wtedy ochłodzić silnik - czyli podłącza wąż i polewa bezpośrednio rozgrzaną machinę.


Dojechaliśmy na miejsce coś około 2:00 nad ranem, czyli cała trasa to zaledwie 13 godz. Mocno zaspani wysiadamy i okazuje się, że jest tu całkiem chłodno, w końcu Kalaw jest położone na wysokości 1320 m - szacuje że coś w okolicach 15-18 stopni. Plan był taki, aby iść do Golden Kalaw Inn, lecz gdy zapytaliśmy gdzie śpi Win, pokazał nam guesthouse swojego znajomego Pine Land Inn- 10 metrów od nas, więc postanowiliśmy zobaczyć, gdyż jak człowiek jest zmęczony i śpiący to nie chce mu się nigdzie chodzić. Pokój czysty, z łazienką ciepłą wodą pod prysznicem i co najważniejsze niezbyt drogi 8$ ze śniadaniem. Zostajemy tutaj.
Win nas bardzo zaskoczył, ponieważ gdyby sytuacja wydarzyła się w "normalnym" kraju (np. Maroko) to pierwsze co zrobiłby to zaciągnąłby nas do hoteliku prowadzonego przez swojego znajomego, bo tam miałby dole z tego, no i oczywiście wpierałby nam że wszystkie inne w środku nocy są zamknięte i inne tego typu banialuki. Zatem zmęczeni szybko bierzemy ciepły prysznic, co w tej temperaturze to przyjemność i idziemy spać. Dobranoc.

-nowości



