![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
VI. Kalaw - klasztor Warykyeemyavang , 11.XI.2009
Trzeba rozpocząć dzień, szybkie pakowanie dużego plecaka, który pojedzie do wybranego hotelu Remember Inn. Pierwotnie miał to być inny, lecz Win go z czystym sumieniem polecił, a Michael bardzo go zachwalał. Postanowiliśmy spróbować, jak nam nie będzie pasowało to zmienimy.



Przed wyruszeniem na trekking, postanawiamy jeszcze raz przewłóczyć się przez zakamarki targu. Poranna atmosfera, przyjemne delikatne światełko, każdy z zaciekawieniem podgląda nas, uśmiecha się zaprasza do siebie, zagląda w szkiełko obiektywu. Trzeba przyznać, że fotografia cyfrowa bardzo pomaga w podróży. Ci, co są pierwotnie nieśmiali, po zobaczeniu siebie na malutkim ekraniku aparatu, nie mogą się nadziwić i chcą więcej, wołają swoich znajomych, czasami całe rodziny. Po chwili nie możesz opędzić się od dzieciaków, które chcą zaistnieć na twojej matrycy. Jakie to inne w porównaniu z np. Marokiem, gdzie każdy się chowa lub od razu wyciąga rękę po kasę.


Mieliśmy szczęście, bo tego dnia odbywa się "Five Day Market", czyli ludzie mieszkający w górach schodzą tego dnia do miasta i sprzedają swoje uprawy, wymieniają na inne potrzebne do życia składniki. Nie ma tu nic z Tajlandii, gdzie rzekomo "dzikie" górskie plemiona przebierają się pod turystów. Tutaj każdy jest odziany w tradycyjny strój, który im służy podczas codziennych, zwyczajnych czynności.

Dzieje się bardzo dużo. Na jednym stoisku ktoś smaży jakąś strawę, chłopak przy stoliku wcina śniadanie. Jest specjalne miejsce, gdzie sprzedaje się ryby i to w kilku postaciach. Są świeże sztuki, które przed chwilą zostały zabite, są także całe sterty suszonych malutkich rybek. Kilka kroków dalej i mamy mięsa, warzywa, przyprawy, wyroby z bambusa i traw. Generalnie można kupić wszystko, co jest niezbędne.



Można spędzić tu wiele godzin na podpatrywaniu handlarzy i kupców i nie mieć dość. W jednym miejscu pięknie pachnie kwiatami, ziołami, z kolei kawałek dalej niesie się bardzo nieprzyjemna zapach jakiś resztek jedzenia, ryb.

Niestety musimy iść na przystanek, gdzie wyczekujemy z Winem pickupa, który zawiezie nas do Augbang. Obok nas stoi mama z cudowną dziewczynką, która trochę się wstydzi i chowa za longyi.

Po jakimś czasie podjeżdża ciężarówka, pakujemy się razem z lokalnymi ludźmi. Po drodze mija nas piękny "europejski" klimatyzowany bus wypełniony emerytowanymi Niemcami, Anglikami. Można i tak, lecz przecież nie o to nam chodziło, nie po to przemierzyliśmy tyle tysięcy kilometrów, aby teraz słuchać narzekań jak to niewygodne było łóżko lub jak głośno chodziła klimatyzacja.

Dziewczynka większość czasu tylko zerkała na nas żując kawałek trzciny cukrowej. Upewniłem się z Winem, że nie zrobię nic złego jak dam jej mały prezent w postaci kilku ołówków i notesika (o tym jeszcze będę pisał, lecz jest to ogromna i ważna rola turystów wszelakiej maści, aby nie "wejść z buciorami" w ich kulturę i jej "nie zepsuć"). Mała była jeszcze bardziej onieśmielona, lecz dokładnie oglądnęła podarunek i zaczęła coś tam sobie rysować, nie zważając na obcych.

Przesiadka w Augbang, oczekiwanie kolejnego pickupa i po 30 min jazdy na workach ziemniaków wysiadamy.

Trekking to trochę zbyt duże słowo w stosunku do tego, co właśnie robimy. Plan jest taki, aby przejść przez kilka wiosek, przez pola, czyli praktycznie po płaskim, aby na końcu wspiąć się na szczyt, który dzieli nas od jeziora Inle. Nie chodziło nam o to, aby spędzać wiele godzin w tym okropnym słońcu i zdobywać kolejne góry, lecz aby zobaczyć jak wygląda birmańska wioska, jak żyją ludzie poza miastem, czym się zajmują, jakich używają narzędzi itd.

Jesteśmy w okresie zbiorów ryżu, ziemniaków i pomidorów. Ludzie ciężko pracują w polu. Nie posiadają mechanicznych urządzeń, wszystko robione jest ręcznie lub przy użyciu bydła. Nikt nie narzeka na swój los, pracuje się całymi rodzinami. Mama w tobołku na plecach nosi cały czas swoje maleństwo, trochę starsze dzieci pracują w pocie czoła. Nie ma lekko, ale wszyscy mają radosne miny, chętnie machają do nas. Win tłumaczył, że dla nich to jesteśmy dziwakami. Nie rozumieją, dlaczego włóczymy się po polach, łąkach górach z plecakami. Dla nich to irracjonalne zachowanie.



Mijamy wielkie bayan tree i znajdującą się koło niego wioskę. Natychmiast zostajemy otoczeni grupą dzieciaków, którzy rzadko widzą tutaj europejczyków. Zaciekawieni chcą zobaczyć, kto to przyszedł, a najbardziej interesuje ich blond dziewczyna, czyli Aga.


Win opowiadał, że trasę, którą nas prowadzi poznał od swojego starego znajomego. Podobno nikt więcej jej nie zna, nikt oprócz wieśniaków tędy nie chodzi.


Pokonujemy kolejne kilometry, aby dojść do wioski Kambarnia, gdzie Win przygotowuje dla nas obiad. W tym czasie możemy powłóczyć się wśród domostw. Kilka z nich jest częściowo murowanych, co świadczy o zamożności, ale większość to chatki z bambusa i liści palm.



W wiosce są tylko dzieci i dziadkowie, reszta pracuje w polu przy żniwach, zbiera chrust. Nie ma nigdzie elektryczności, jedynie gdzieś w jednym z domostw podobno jest agregat. Wioska jest praktycznie samowystarczalna. Całe jedzenie wytwarzają sami, a jak potrzebują kupić jakieś narzędzia to wtedy wybierają się do miasta sprzedać trochę ryżu, aby mieć pieniądze na zakupy.





Pomimo lejącego się żaru z nieba, spacerujemy zakamarkami wioseczki, aby popodglądać życie miejscowych, lecz musimy być uważni bo jesteśmy śledzeni. Dzieciaki na krok nie chcą nas opuścić.


Win przygotował iście królewską ucztę: zupa, ryż, pieczone ziemniaki, sałatka z pomidorów i chili, smażony groch i kilka innych dań, które są tradycyjne w tym rejonie. Powiem tak, że ciężko było wszystko zjeść. Cały czas byliśmy bacznie "obserwowani" przez miejscowe dzieciaki.


Dziewczynki poprawiały swoje "makijaże" z thanaka, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć cały proces.

Thanaka to biało - żółta maź, którą nakłada się na twarz, a także na odkryte części ciała: ręce, ramiona. Stosuje się ją z dwóch powodów: w celach ochronnych przed palącym słońcem oraz dla polepszenia cery. Głównie stosowana przez płeć piękną, lecz także czasem przez mężczyzn. Thanaka to nazwa drzewa (Murraya exotica), którego kawałek ściera się na specjalnym kamieniu "kyauk pyin" na pył. Później do takiego proszku dodaje się troszkę wody, aż powstanie jednolita maź i gotowe. Na targu można kupić kawałki drewna do starcia, gotowy proszek, a także w postaci maści, dla każdego coś miłego. Kobiety często malują przepiękne wzory na swoich twarzach, tworząc typowy birmański makijaż.


Bardzo szybko mija czas w tak przyjemnej atmosferze, zatem zbieramy się i idziemy dalej. Plan jest taki, aby przed zachodem słońca dojść do klasztoru, a po drodze przecież jeszcze tyle ciekawych ludzi, miejsc do zobaczenia. Idziemy obok wspaniałych drzew, pośród wzgórz, bujnych pól.



Odwiedzamy ludzi z plenienia Pao podczas zbioru i młócenia ryżu. Widać, że wszystko robione jest przy użyciu ręcznych narzędzi. Z boku stoi drewniany wóz, na który będą pakowali całe zbiory, po czym zaprzęgą woły, aby przetransportować wszystko do wioski. Nie ma tu traktorów, kombajnów, czy innych cudów techniki, a jednak wszystko się udaje, jest na czas, bez strat, nikt nie narzeka, wszyscy sobie nawzajem pomagają. Cała wioska tworzy jedną wspólnotę, w której każdy jest życzliwy, uczciwy, serdeczny. Jest coś w tym, że ci, co niewiele mają, tak naprawdę są bogatsi duchowo od innych.



Po drodze mijamy kolejnych ciekawych ludzi ...





...oraz domostwa, wioski.

Tuż przed zachodem słońca dochodzimy do klasztoru, w którym będziemy spali. Na zewnątrz jest studnia, przy której można się odświeżyć, a Win w tym czasie pichci kolację.


Klasztor zamieszkują bardzo młodzi mnisi, którzy jak widać lubią się bawić, nic w tym dziwnego, przecież to normalne dzieci. Okazuje się, że w budynku jest agregat, zatem tuż przed spaniem dzieciaki oglądają bajki na video, a także wielki hollywoodzki hit z gubernatorem Kalifornii w roli głównej, czyli "Komando".

Nastała pora pysznej kolacji oraz długich rozmów o wszystkim i o niczym...

Układamy się pod ścianą na bambusowych matach położonych na podłodze. Mamy podwójne koce, które mogą się przydać, bo w nocy może być chłodno. W końcu jesteśmy w górach:) dobranoc.






