![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
VII. Klasztor Warykyeemyavang - Inthein - Nyaungshwe (Inle Lake) , 12.XI.2009
Przywitał nas bardzo przyjemny poranek, Win wstał wcześniej i przygotował śniadanie. Młodzi mnisi biegają dookoła klasztoru, cześć pracuje, reszta spędza czas na zabawie.


Dzisiaj jest przeraźliwie gorąco, przez co trudno nam się przemieszczać, a pomimo to na polach pełno pracujących ludzi. Co jakiś czas się zatrzymujemy, aby schronić się troszkę przed słońcem.

Na naszej trasie spotykamy sympatycznych ludzi. Mijamy kolejne wioski, w których wolniutko płynie czas - takie oazy spokoju i serdeczności.



Po środku wspaniałych wzgórz i pól znajduje się szkoła, do której uczęszczają dzieciaki z pobliskich wiosek. Tym razem nie ma podziału na klasy, jest jedna duża izba, w której uczy przesympatyczna pani nauczycielka. Dzieciaki były bardzo ciekawe dziwnych przybyszów.


Po uzyskaniu zgody na robienie zdjęć każde chciało zaistnieć na malutkim wyświetlaczu aparatu cyfrowego. Wyjeżdżając z Polski zabraliśmy ze sobą trochę ołówków i notesików, które chcieliśmy rozdać. Złożyliśmy je na ręce wychowawczyni, która wg uznania rozdała uczniom. Każdy dokładnie obejrzał podarek i schował do swojej torebki.



Sądzę, że ważne są takie drobnostki, małe podarki, lecz trzeba BARDZO uważać, aby nie przegiąć w drugą stronę. Poznani sympatyczni ludzie w Nyaungshwe, opowiadali nam jak widzieli, gdy grupka dwudziestu kilku niemieckich (znowu) emerytów wysiadła z pięknego klimatyzowanego autobusu trzymając w rękach wielkie plastikowe torby. Podeszli do siedzących nieopodal dzieci i każdy z nich wręczył prezent dla dzieciaków: ołówek, długopis piórnik, gumka, czekoladki, cukierki itd.. Po chwili mała łapki już nie mogły utrzymać wszystkich darów. Mam nadzieje, że za kilkanaście lat nie będzie tutaj tak jak w Maroko czy Egipcie, gdzie za każde "coś" musi być napiwek lub prezent. Warto to sobie przemyśleć.



Nie chcieliśmy dłużej zaburzać porządku lekcji, więc podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Teren zrobił się bardziej stromy, z większą ilością cienia. Win prowadził nas nad brzeg jeziora, które było widać w oddali.
Po kilku godzinach doszliśmy do cywilizacji. Mamy prawie południe, zatem jest to doskonały czas na obiad. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpce, gdzie "szefem kuchni" był znajomy naszego przewodnika.



Knajpka to bambusowa wiata z 3 stolikami i paleniskiem, na którym przygotowywane było jedzenie. Wszystko bardzo smaczne, świeże oraz ostre. Gorąca herbata w taki upał to naprawdę wybawienie.



Po zapełnieniu brzuszków idziemy kawałek dalej, aby wsiąść do łódki, którą przepłyniemy na drugi brzeg jeziora Inle do miasteczka Nyaungshwe. Driver łódki odpalił motor i teraz suniemy delikatnie po tafli wody chłodzeni przez wiatr.


Mijamy domy na palach, ogrody, całe osiedla. Wszystko takie inne, takie "atrakcyjne", że człowiek chce jak najwięcej zarejestrować w swojej pamięci, a także uwiecznić w postaci cyfrowej.



Dopływamy do miasteczka, gdzie zaraz na nadbrzeżu podbiega facet i sprzedaje nam obowiązkowy, rządowy bilet wstępu obowiązujący na całym terenie jeziora Inle (3$ od osoby). Idziemy ulicami, które wypełnione są pomidorami. Listopad to szczyt sezonu, jeżeli chodzi o to warzywo, chociaż przez cały rok jest ono tutaj hodowane. Podążamy do hotelu Remember Inn.

Miejsce składa się z murowanego, kilku piętrowego budynku oferującego droższe pokoje oraz z kilku bungalowów z łazienką. Podobają nam się te drugie i po krótkich negocjacjach zostajemy tutaj za 12$ za pokój. Nie jest to może najtaniej, lecz czasami warto dopłacić do klimatycznego miejsca.
W tym miejscu pożegnaliśmy się z naszym wspaniałym przewodnikiem. Był świetnym kompanem wycieczki, dobrym kucharzem, ciekawie opowiadał, doskonale mówił po angielsku, serdeczny, uśmiechnięty i zabawny. Śmiało możemy go polecić innym.

Wieczorem udajemy się na włóczęgę po mieście, aby zobaczyć, co gdzie jest. Odszukujemy polecaną przez Michaela restauracje Smiling Moon Restaurant gdzie zostajemy na pysznej kolacji.

Generalnie nie ma problemu, aby znaleźć łódkę na jutrzejszy dzień, wręcz na ulicy jesteśmy często w bardzo kulturalny i grzeczny sposób "zaczepiani" czy nie potrzebujemy transportu po jeziorze. Zarezerwowaliśmy łódkę na spółkę z parą szwajcarów ( 20$ za 4 osoby na cały dzień). Cena wysoka, lecz mamy zamiar zboczyć trochę ze standardowej trasy, dołożyć parę miejsc, a także udać się na Five Day Market, który jutro odbywa się gdzieś daleko na jeziorze.

Zmęczeni udajemy się na zasłużony odpoczynek.





