![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [porady] [diary]
VIII. Inle Lake - dzień na jeziorze, 13.XI.2009
Pierwsza czynność każdego dnia to pobudka. Później następuje szybka toaleta, dalej udajemy się na dach hotelu, gdzie serwowane jest śniadanie. Nasi współtowarzysze dzisiejszej wycieczki: Veroncia i Hanspeter, zajadają pyszne naleśniki popijając świeżo wyciśniętym sokiem.

Driver już czeka. Idziemy do kanału, aby wsiąść do łódki. Każdy ma do dyspozycji swój drewniany fotelik z poduszką, odpalamy silnik i na początku powoli płyniemy kanałem prowadzącym do jeziora. Pierwszy cel to odbywający się gdzieś po przeciwnej stronie jeziora Five Day Market. Na razie jest stosunkowo chłodno. Po wpłynięciu na jezioro driver przyśpiesza.

Jezioro jest całkiem spore: 22 km długości i 11 km szerokości, lecz dosyć płytkie. Podobno lud Intha rozpoczął proces zasiedlania dawno temu, budując na nim domy, ogrody, całe osady.


Jedna z legend głosi, że dwóch braci pochodzących z Dawei (południowa Birma) przybyło do Yaunghwe (oryginalna nazwa miasta Nyaungshwe) w 1359 roku, aby służyć władcy Shan'ów. Okazali się bardzo dobrymi, ciężko pracującymi robotnikami i dlatego zostali poproszeni, aby sprowadzili kolejne 36 rodzin ze swoich rodzimych stron. Podanie głosi, ze wszyscy obecni mieszkańcy jeziora są potomkami tych ludzi.Obecnie jezioro i okolice zamieszkuje ponad 70000 osób.

Jest to chyba jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w całej Birmie. Tutaj żyją słynni rybacy, którzy do wiosłowania używają nóg. Charakteryzują się doskonałym poczuciem równowagi. Mężczyzna staje na krańcu swojej łódki na jednaj nodze, a drugą ma "zaplecioną" w wiosło, wykonując nią specjalny ruch napędza całość. Czynność obserwowana z boku wygląda niczym balet na wodzie: każdy ruch jest doskonale płynny, precyzyjny.



Na łodzi znajduje się tez specjalnej, stożkowatej konstrukcji kosz z siecią, który służy do połowu ryb. Kosz umieszcza się w wodzie, aż dotknie dna, po czym spuszcza się sieć i sprawdza czy coś udało się złapać.



Po drodze mijamy bardzo dużo wyładowanych po brzegi łodzi. Miejscowi pewnie płyną do miasteczka, aby sprzedać swoje uprawy znad jeziora. Główne produkty to pomidory znane w całym kraju, kabaczki, kalafiory, ogórki, fasola. Podobno sezon trwa tu cały rok. Później będziemy mieli okazje oglądać ogródki warzywne zaadoptowane na środku jeziora.

Mijamy skupiska domostw na palach, rodzin, których całe życie odbywa się w tym miejscu na wodzie. Możemy "podglądać" ich podczas porannych czynności.

Niektórzy już dawno wyruszyli do pracy na jezioro: jedni zastawiają sieci, inni poławiają wodorosty, ktoś tam wydobywa ziemie.



W bliżej nieokreślonym miejscu dopływamy do brzegu, gdzie zacumowanych jest sporo łódek. Driver pokazuje drogę, którą mamy podążać jakieś 20 min aż dojdziemy do miejscowego targu. Na początku spotykamy kobiety z górskich plemion w charakterystycznych kolorowych ręcznikach na głowach, które handlują drewnem na opał.


Idziemy polną ścieżką obserwując mieszkańców, uprawy, domy.


Docieramy do targu, czyli miejsca gdzie raz na 5 dni schodzą się ludzie z gór, aby handlować, wymieniać, sprzedawać swoje dobra. Panuje bardzo swojski klimat: wszystko takie bardzo kolorowe. Ludzie przemili, ciekawi przybyszów, pomimo, że nie jesteśmy jedynymi białymi. Parę innych łódek przetransportowało trochę turystów, lecz w natłoku tubylców, gdzieś giniemy w tłumie.



Słońce niesamowicie praży, zatem Aga koniecznie musi nabyć nakrycie głowy. Oczywiście na targu jest wszystko, zatem w łatwy sposób odnajdujemy stoisko i chwile później głowa jest przykryta pięknym, ręcznej roboty kapeluszem.

Klimat jest tu niesamowity, człowiek czuje się jak u siebie, dookoła mnóstwo serdeczności uśmiechów, radości.


Praktycznie każda azjatycka matka posiada długą chustę przy użyciu, której nosi swoje dziecko na plecach czy na brzuchu. Oczywiście nie ma tu mowy o żadnych atestach, wymyślnych konstrukcjach nosidełek i innych europejskich głupot. Liczy się praktyczność i niezawodność wyrobów, lecz o to nikt się nie musi troszczyć, bo wszystko to przecież ręczna robota z naturalnych materiałów. Zatem żaden bobas nie ma problemów ze spaniem nawet w targowym harmiderze.


Parking dla pojazdów to kawałek trawy, gdzie można przywiązać swoje woły zaprzęgnięte w drewniane wozy.


Ci, co nie posiadają bydła mają prosty sposób na transportowanie nawet bardzo ciężkich ładunków: kawałek bambusa zarzuconego na plecy, a na obu końcach wielkie, super wytrzymałe kosze.



Po dłuższym czasie zachwycania się targiem, wsiadamy ponownie do naszej łódeczki i płyniemy w bardzo turystyczne miejsce, tzn. w dom na palach, gdzie tworzy się materiały i szyje z nich ubrania.

Sympatyczna młoda Birmanka oprowadza nas i opowiada cały proces powstawania włókien, tkania, elementy farbowania, aż do wyrobu gotowego produktu w postaci longyi, koszul, toreb. Mamy tutaj do dyspozycji materiały wykonane z jedwabiu, bawełny, lotosu itd.. wszystko piękne i kolorowe.




Podczas naszej wycieczki wstępujemy także na wysepki gdzie znajdują się jakieś pagody, lecz nie to tu jest najważniejsze, zatem szybko uciekamy, aby znowu popływać powolutku po jeziorze i podziwiać, jak żyją ludzie.


Trafiamy do kolejnego warsztatu rzemieślniczego. Tym razem z zegarmistrzowską dokładnością powstają tu prawdziwe dzieła sztuki jubilerskiej. Na malutkie palenisko kładzie się kawałek bezkształtnego srebra, aby po kilku godzinach mogła powstać przepiękna bransoletka, naszyjnik, wisiorek czy zastawa do kawy.



Oczywiście cześć ludzi pracuje, aby inni w tym czasie mogli sobie odpoczywać przy herbacie i betelu.

Zatrzymujemy się w kolejnym miejscu, gdzie znajdują się bardzo dobrze zachowane stupy.



Dzień chyli się ku końcowi, zatem przysiadamy w jednej z knajpek na coś do picia. Właściciel był nieźle wstawiony. Nie tylko my, lecz także chyba jego córka bała się o to jak sobie poradzi z bardzo ostrą maczetą, którą przygotowywał nam zmówionego kokosa. Całe szczęście historia jak w amerykańskim filmie miała happy end, czyli panu nic się nie stało, a my zaspokoiliśmy pragnienie oraz wspomogliśmy ich budżet rodzinny.

Przy zachodzącym słońcu wracamy do domu.


Widać, że ostatni rybacy na jeziorze zwijają swoje kosze i sieci. Coraz mniej łodzi w oddali, robi się chłodniej, driver łódki przyśpiesza.




Towarzyszy nam ptactwo, które chętnie walczy o każdy kęs pożywienia.



Był to dobrze spędzony dzień, męczący, bo człowiek cały czas wystawiony na słońce, lecz bardzo ciekawy.

Warto pamiętać, że na wycieczkę łodzią, trzeba zabrać ze sobą koniecznie: krem z wysokim filtrem, okulary przeciwsłoneczne, coś na głowę, oraz dużą ilość płynów do picia. Warto także wziąć jakiś długi rękaw na powrót. Gorąco polecam wszystkim spędzenie dnia na jeziorze.





