![]() |
[prolog] [Céva] [Morghé] [Maglia] [rest] [Carleva] [epilog]
Kanion Carleva, 23.IX.2010
Biorąc pod uwagę uraz Adasia, dzisiaj idziemy do kanionu tylko we dwójkę. Wybór padł na Carlevę, ze względu na wysoką ocenę ogólną. Poważny minus tego kanionu to 2 godzinne podejście po patelni, no, ale ciekawość wygrała, zatem szybka poranna toaleta i jedziemy.
Dojazd:
Startując z kampingu kierujemy się drogą D6204 w stronę miasteczka Breil-sur-Roya. Po wjeździe do miasteczka kierujemy się na malutki parking znajdujący się koło zapory wodnej. Z tego miejsca startuje ścieżka prowadząca nas do kanionu.
|
Pokaż 2010 Francja - kaniony na większej mapie |
Dojście:
Szlak prowadzi początkowo wzdłuż rzeki koło kamiennego murka. Mijamy kapliczkę i powoli idziemy pod górę. Przewodnik ostrzegał, aby nie wybierać się tutaj po godzinie 11. Nie ma w tym ani trochę przesady. Szlak kluczy pomiędzy kamieniami, bez najmniejszej ilości cienia. Jesteśmy wystawieni jak na patelni, a słońce grzeje niemiłosiernie. Zabranie, czego my niestety nie zrobiliśmy, butelki wody na podejście jest doskonałym pomysłem. Szlakiem idzie się wygodnie, aż do samego startu kanionu. Nie sposób przegapić dużej tablicy z opisem kanionu.
Przejście:
Początek kanionu to łażenie po kamolach, czyli nic ciekawego. Wody jest bardzo niewiele, a kamienie cholernie śliskie.
Dochodzimy do pierwszych kaskad. Są one dobrze obite, lecz wydaje się, że nie potrzeba używać liny. Część przeszkód daje się zejść, a cześć zeskoczyć. Woda ma przyjemny szafirowy kolor, do tego całość jest pięknie oświetlona przez promienie słońca.
Najczęściej kaskady kończą się małymi dosyć głębokimi jeziorkami, lecz za każdym razem trzeba dokładnie sprawdzić, bo dosyć często znajdują się pod wodą konary drzew. Kanion jest bardzo malowniczy, część przeszkód można bez problemu powtórzyć, zatem najciekawsze skoki robimy po kilka razy.
Najgorsze jest to, że pomiędzy kolejnymi kaskadami jest całkiem sporo chodzenia po kamieniach, co nie jest przyjemne. Pokonujemy kilka małych toboganów, choć skała w tych miejscach nie jest zbyt śliska.
Wydaje się, że powinno być trochę więcej wody, wtedy zabawa byłaby lepsza.
Niestety jak pech to pech. Schodząc jedną przeszkodę chwyciłem się wyrastającego drzewka ze skały, które okazało się spróchniałe i bardzo szybko się złamało. Poleciałem parę metrów w dół twardo lądując plecami na wielkim kamieniu. Całe szczęście, że człowiek nosi ze sobą wór, w którym jest lina i beczka, co bardzo zamortyzowało upadek. Dziwne to uczucie, które towarzyszy podczas lotu w nieznane. Człowiek nie zdąży nawet nic pomyśleć, każdy odruch jest mechaniczny, wykonywany instynktownie. Mózg wie, co jest dla niego najważniejsze i automatycznie wydaje komendy do reszty ciała. Takiego skurczu mięśni brzucha to jeszcze nigdy nie miałem.
Szczęście w nieszczęściu nic mi się poważnego nie stało, lecz parę minut byłem w niezłym szoku. Krew poleciała z łokcia, natomiast po chwili wyglądało, że jest wszystko Ok (musiało być), tylko człowiek jakiś taki na maxa poobijany, jakby ktoś go obkładał kijem.
Pisze to wszystko po to, żeby jeszcze raz przypomnieć, że w takich miejscach trzeba być na każdym kroku na maxa skoncentrowanym i świadomym każdego ruchu. No i podstawa: zanim czegoś się złapiesz sprawdź to 2 razy.
Pokonujemy kolejne kaskady: fajne skoki i lądowania w głębokich basenikach. Stahoo koniecznie chciał nakręcić ujęcie z zanurzeniem się w wodzie, zatem zanim się zsynchronizowaliśmy to trochę nam zeszło.
Dochodzimy do kamiennego mostu, gdzie kończymy zabawę.
Po zdjęciu pianki okazało się, że lewy łokieć jest jednak trochę bardziej rozcięty niż myślałem i będzie wymagał szycia.
Wyjście:
Wygodną ścieżką, która po ok. 15 minutach dochodzi do szlaku wracamy na parking.
Wizyta u lekarza:
Szybko się przebrałem i poszedłem szukać jakiegoś punktu medycznego. Spotkałem panie, które siedzą sobie wygodnie przed swoją kamienicą robiąc sweterki na drutach. Niestety nie mogłem się z nimi dogadać, lecz gdy pokazałem mój łokieć to jedna z nich od razu wiedziała, o co chodzi.
Zaprowadziła mnie do lekarza, który miał dyżur w swoim gabinecie w jednej z kamienic. Oczywiście tutaj też tylko francuski, zatem na migi dogadywaliśmy się odnośnie tego, co mi jest. 30 Minut później bogatszy o 3 szwy, trochę plastra i bandaża, a lżejszy, o 50 EUR wróciłem do samochodu.
Pomimo, że miałem ubezpieczenie EURO<26 SPORT oraz rachunek z wizyty ambulatoryjnej ubezpieczyciel nie zwrócił mi kosztów, ponieważ nie posiadałem pełnej dokumentacji medycznej, zatem w takiej sytuacji trzeba się jakoś wykłócić z lekarzem, aby napisał parę świstków więcej, żeby później nie było problemów formalnych.
W dniu dzisiejszym odpuściliśmy sobie już zwiedzanie. Bilans nie jest najlepszy: Adaś ma problemy z kostką, ja czuje się jakby przejechał po mnie czołg, jedynie Stahoo w pełni sił. Zatem ciężko coś planować na jutrzejszy dzień.





