![]() |
[prolog] [Vass Imre] [Beke] [Baradla] [Kossuth] [epilog]
Jaskinia Kossuth, 14.XI.2010
Ostatni dzień i ostatnia jaskinia tego wyjazdu. Lehel przygotował specjalnie na tą okazję wyjście do oddalonej o zaledwie 5 min drogi z naszej bazy jaskini Kossuth.
Wejście, jak wszystkie w tym kraju, chronią drzwi i solidna metalowa krata. Po uzyskaniu zgody z parku (200HUF/os) idziemy w głąb czeluści.
Jaskinia nie jest jakaś powalająca. Mamy do czynienia z głównym ciągiem, którego dnem płynie strumień. Większość korytarzy wyposażona jest w 2 stalowe linki: po jednej się idzie, a druga służy do utrzymywania pionu. Jesteśmy w okresie gdzie mamy bardzo wysoki poziom wody. Normalnie podobno jest tak, że niższa stalówka zamontowana jest około 30 cm nad lustrem wody. Dzisiaj każdy stąpając po niej, idzie zamoczony przynajmniej do kolan.
Nie ma tu ciekawych nacieków, nie ma niczego interesującego, a jednak wejście sprawie ogromną frajdę. Woda jak na nasze tatrzańskie przyzwyczajenia jest dosyć ciepła (pewnie coś ponad 10 stopni), zatem każdy ochoczo w niej się pławi omijając stalowe umocnienia.
Dochodzimy do miejsca gdzie zaczyna się ponad 30 metrowej głębokości syfon. Lecz to nie koniec wycieczki. Są jeszcze do zwiedzenia ciasne i potwornie błotne korytarze. Sama przyjemność pobawić się w błocku.
W drodze powrotnej niewiele osób bawi się w stalówki i płynie bądź brodzi po szyję w wodzie.
Szkoda, że jest to listopad i temperatura na zewnątrz nie zachęca do tego, aby wylegiwać się na leśnej polanie i czekać aż wszystko wyschnie, zatem szybka przepierka w strumieniu wypływającym z jaskini i wracamy na bazę.
Jak już wspomniałem nasze miejsce noclegowe jest przy kaplicy kościelnej, zatem budzimy różne emocje na twarzach parafian podążających na mszę, gdy zdejmujemy mokre ciuchy na dziedzińcu przed budynkiem.





