UltraKotlina UK80 2026 – moje pierwsze 82 kilometry: błoto i nauka cierpliwości
UltraKotlina, czyli 82 kilometry, prawie 3000 metrów przewyższenia i ponad dziesięć godzin na nogach. To był mój drugi bieg górski ultra. Świadomie wybrałem ten dystans, który miał być dla mnie nie tylko sprawdzianem formy, ale przede wszystkim testem wytrwałości.
Po Biegu Jaskiniowego Niedźwiedzia, gdzie ukończyłem 51 km w czasie 6h 20min, wiedziałem już, że górski ultra to zupełnie inna dyscyplina niż bieganie po asfalcie. Tutaj nie patrzy się co chwilę na zegarek pilnując z zegarmistrzowską dokładnością tempa każdego kilometra. Leci się tak, jak teren pozwala. Zostało mi jednak poczucie, że nie sprawdziłem jeszcze wszystkiego: jak organizm zachowa się po siódmej, ósmej czy dziewiątej godzinie wysiłku, jak zareagują nogi na kolejne podejścia i zbiegi, czy będę umieć utrzymać spokój, gdy trasa przestanie być przyjemna. Dlatego padło na bieg UltraKotlina UK80, czyli dystans 82 km i prawie 3000 metrów przewyższenia. Nie miałem żadnych oczekiwań co do czasu. Mój jedyny cel był prosty: dobiec do mety w jednym kawałku.
UltraKotlina: trasa UK80 – start w Jeleniej Górze
Na starcie w Jeleniej Górze o godzinie 7:00 stanęliśmy wspólnie z Grzesiem i Maćkiem z mojego klubu Speleoclub Wrocław. Wcześniej rano przyjechaliśmy z deszczowej Szklarskiej Poręby, w której znajduje się meta dzisiejszego biegu. Niestety prognozy pogody były od początku bardzo słabe. W oddali wisiały masywne chmury, a organizatorzy i biegacze wokół mówili głównie o deszczu i wietrze. Na szczęście na start deszcz nas jeszcze oszczędzał. Było nawet zaskakująco ciepło, choć powietrze miało w sobie coś ciężkiego – jakby pogoda tylko czekała na właściwy moment.
UltraKotlina: Pierwsze kilometry
Od samego początku nie miałem presji na żaden czas. Chciałem ukończyć bieg w limicie. Tak sobie szacowałem, że po 12-13 godzinach powinienem zameldować się na mecie. Początkowe kilometry mijały naprawdę sprawnie. Trasa była w dużej części przyjemna: ładne widoki, niezbyt agresywne podbiegi i komfortowe zbiegi. Nogi były świeże, głowa spokojna, więc na łagodniejszych podejściach pozwalałem sobie jeszcze podbiegać. Wiedziałem, że to nie będzie trwało wiecznie, ale chciałem wykorzystać dobrą fazę biegu tak, jak należy – bez szaleństwa, ale też bez niepotrzebnego trwonienia czasu.
Pogoda zmieniała się niemal co godzinę. Raz łapały nas mocne podmuchy wiatru, raz wchodziłem w mgłę, a za chwilę z nieba siąpił lekki, ale uporczywy deszczyk. Nie było to jeszcze trudne, ale już wtedy czułem, że ten bieg będzie wymagał czegoś więcej niż siły nóg: cierpliwości i gotowości na zmienne warunki.
Co 20 km spoglądałem na mój czas. Było bardzo dobrze, aż nie wierzyłem, że idzie aż tak dobrze. Pierwsze 20 km w czasie 2h15min, 40 km w czasie 4h36min, 50 km w czasie 5h46min. Przeliczałem w głowie, że w tym tempie powinienem się wyrobić poniżej 10 godzin, co było dla mnie mega zaskoczeniem.




Zmiana charakteru trasy
Mniej więcej po 56 kilometrach trasa mocno zmieniła charakter. Do tego momentu górska trasa była dosyć równa. Potem pojawiły się większe podejścia po kamieniach i śliskich korzeniach. Trzeba było uważać na każdy krok, a tempo naturalnie spadło, ale nadal biegło się dosyć przyjemnie.
Jednak po kolejnych kilkunastu kilometrach coraz bardziej zacząłem czuć nogi, a dokładniej więzadła. Nie czułem zmęczenia mięśni, a te nieszczęsne więzadła. Do tego techniczny teren nie pomagał. Trzeba było zwolnić, skupić się na stawianiu stopy i zaakceptować, że dziś nie będzie żadnego heroicznego biegania pod górę.
Błotnisty labirynt przed Szklarską Porębą
Ostatnie kilometry przed Szklarską Porębą to zupełnie inna opowieść. Ścieżka zamieniła się w błotnisty labirynt. Intensywny deszcz, korzenie i kamienie zrobiły z trasy coś, co trudno nazwać biegowym podłożem. Trzeba było podwójnie uważać na każdy krok. To błoto było wszędzie, również chlupotało w butach od wielu kilometrów. Nie dało się już płynnie schodzić – bardziej manewrowało się między kałużami, korzeniami i błotem, próbując nie stracić równowagi. A kiedy myślałem, że najtrudniejsze mam już za sobą, moje więzadła postanowiły przypomnieć jeszcze mocniej o sobie.
Ból w kolanach narastał z każdym krokiem. Nie było już mowy o bieganiu w dół. Ostatnie odcinki musiałem bardzo czujnie schodzić. To była chyba najbardziej frustrująca część całego dnia: mięśniowo i wydolnościowo cały czas dawałem rady, ale ból w kolanach nie pozwalał przyśpieszyć. Tutaj straciłem najwięcej czasu, bo zamiast zbiegać w stosunkowo łatwym terenie, to ja musiałem schodzić. Tutaj musiałem się pożegnać ze złamaniem 10 godzin.


UltraKotlina: meta w Szklarskiej Porębie
Mimo wszystko – cały przemoczony, ubłocony, zmęczony i przepełniony emocjami – dobiegłem do mety w Szklarskiej Porębie. To była iście wybuchowa mieszanka. Cieszyłem się, że mam to już za sobą, ale zupełnie nie wiem, skąd pojawiły się łzy. Może ze szczęścia?
Ostatecznie mój czas to 10:08:31. Zająłem 34. miejsce w klasyfikacji OPEN i 13. w kategorii M40. Niby niewiele, a jednak tak dużo zabrakło do złamania 10 godzin. Cieszę się przede wszystkim z tego, że udało mi się poznać siebie na nowo – zobaczyć, jak reaguję, gdy pogoda się psuje, gdy trasa staje się techniczna, a ciało zaczyna wysyłać sygnały ostrzegawcze. Kolejny raz pokonałem zarówno fizyczną, jak i mentalną w głowie barierę, że mogę pokonać 80 km trasę biegową w górach! Dla mnie bieg ultra to osobna nauka: zarządzania wysiłkiem, emocjami, bólem i własnymi oczekiwaniami.

Co dalej
Teraz czas na regenerację, odpoczynek i spokojne zaplanowanie treningów pod wzmocnienie więzadeł. Kolano po biegu wróciło do formy, ale ten sygnał nie może zostać zignorowany – szczególnie jeśli w przyszłym roku znów chcę stanąć na starcie długiego biegu ultra w górach. Zatem trzeba dobrze przepracować zimę na siłowni wzmacniając kolana i więzadła, aby w przyszłym roku znów wystartować.
Hej. Jeżeli szukacie noclegu lub chcecie wypożyczyć samochód i chcecie dokonać rezerwacji, to polecamy skorzystać z naszego dedykowanego linku do booking.com oraz discovercars.com. Wy zapłacicie dokładnie tyle samo, a serwis podzieli się z nami swoją prowizją. Dzięki temu dostaniemy parę groszy za naszą pracę włożoną w rozwijanie tego bloga i wszystkie porady z których możesz skorzystać.











